Trzeba umieć chwycić Go za Serce

“Rozważ tylko: Jeżeli największy na świecie grzesznik w chwili śmierci żałuje i umiera w akcie miłości, wówczas Pan, nie licząc z jednej strony nieprzeliczonych łask, których ten nieszczęśnik nadużył, ani z drugiej strony tych jego zbrodni, widzi jedynie i liczy tylko jego ostatnią modlitwę i przyjmuje go niezwłocznie w ramiona swego Miłosierdzia. Ale, by uczynić Go tak ślepym i niezdolnym do najmniejszego rachunku, trzeba umieć chwycić Go za Serce; to Jego słaba strona…”

św. Teresa od Dzieciątka Jezus “Dzieje duszy”

Photo by Marc Pascual on Pixabay

Nas nauczono

“Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w gorę unoszą
i tylko chmury – palcom czy włosom
podobne – suną drapieżnie w mrok.

Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.

Kwiaty to krople miodu – tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.

Pod ziemią drżą strumyki – słychać –
Krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
Któremu kości kijem złamano,
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci.

Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.

Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca – bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień – tak – głaz.

I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż”.

K. K. Baczyński “Pokolenie”

Ten wiersz jest nadal tak bardzo aktualny, jeśli przeczytać go w kluczu ostatnich protestów…
Photo by Antonio Cansino on Pixabay

Niech cię nie niepokoją cierpienia twe i błędy

“Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste,
Lecz i manowce są wszędy.

O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.

Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki a taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki”.

L. Staff “Odys”

Photo by Engin_Akyurt on Pixabay

Biedny, kto Ciebie nie zna od powicia

“Biedny, kto Ciebie nie zna od powicia
I nigdy Twego nie słyszał Imienia
Lecz ten biedniejszy, kto w rozpuście życia
Stał się niegodnym Twojego wejrzenia.

I Imię Twoje już zatarł z pamięci
I swojej Matki podle się wyrzeka.
Ach, łaska Boska serca nie poświęci,
Które od Matki stroni i ucieka.

Kto się za życia z Tobą nie połączy
Tęskniąc, nie szuka Twej świętej opieki
Ten i bez Ciebie to życie zakończy.
Bez Ciebie będzie rozpaczać na wieki.

Kto Cię nie uczcił myślą, słowem, czynem
Za tym nie staniesz na sądzie w obronie!
Kto gardzi Matką, ten gardzi i Synem.
Kto gardzi światłem, w ciemnościach zatonie.

Gorzkie łzy żalu dziś Ci niosę w darze,
Niechaj wyżebrzą Twoje zlitowanie.
A chociaż Syn Twój w gniewie mnie ukarze,
Matka za dzieckiem w obronie powstanie.

A kogo, Matko, Ty pobłogosławisz,
Ten do wieczności szczęśliwie dopłynie;
A za kim, Matko, na sądzie się wstawisz,
Ten wieczną śmiercią nigdy nie zaginie”.

Photo by Kacper Lawiński on Pixabay
Czytaj dalej

Czas przemyśleń i ciszy

Łagodną ciszę kaplicy zakłócały tylko spokojne oddechy i cichutkie pobrzękiwanie różańca. W centrum uwagi wszystkich był On – stojący wśród nas w skromnej monstrancji Wszechmogący Bóg. Nie próbowaliśmy na siłę uciszać wewnętrznego dialogu. Pouczeni wcześniej przez ojca Romana, staraliśmy się po prostu koncentrować myśli na Chrystusie. Myśli, które – zgodnie z radą rekolekcjonisty – powinny być krótkie i opatrzone chwilami milczenia, by pozwolić mówić Bogu.

Wspólne milczenie wśród lasów

Te spokojne chwile w kaplicy, podobnie jak odmawiana wspólnie Liturgia Godzin, wzmocniły w nas poczucie jedności i wspólnoty. Poczucie, którego nie zmąciła nawet dyskusja na temat sposobu przyjmowania Komunii Świętej, która wywiązała się podczas kończącego rekolekcje dzielenia. Bo, jak się okazuje, nawet o tak drażliwym temacie można rozmawiać w duchu szacunku i wzajemnej miłości. Po części zapewne zawdzięczamy to również naukom ojca Romana, który pięknie mówił o tym, że upominać bliźniego można tylko przy uwzględnieniu trzech elementów: prawdy, miłości i pokory.

Pięć dni rekolekcji minęło błyskawicznie. To był piękny czas, pozwalający na zatrzymanie się i przebywanie tylko z Bogiem. Sprzyjał temu wczesnojesienny las, sprzyjała też atmosfera ciepłej akceptacji, przenikająca te dni. Mimo że były to rekolekcje w milczeniu, cisza nikomu nie ciążyła. Wręcz przeciwnie – sprawiała, że stawaliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

I choć wielu z nas miało duże trudności w dotarciu na rekolekcje, to wszyscy jednomyślnie zgodziliśmy się, że było warto. Rozjechaliśmy się umocnieni w pragnieniu dążenia do ściślejszego zjednoczenia z Panem, zabierając ze sobą zapach róż i leśnego poszycia, szum deszczu i niezatarty ślad, odciśnięty w naszych sercach przez Umiłowanego.

burza nad ośrodkiem rekolekcyjnym

Burza i naczynia na miłość

Z rekolekcji najbardziej zapamiętałam burzę, która przetoczyła się nad ośrodkiem rekolekcyjnym pod koniec naszego pobytu. Nie była ani wielka, ani groźna – za to piękna, jak widać na powyższym zdjęciu, zrobionym przez koleżankę. Chciałam wyjść na ganek, żeby ją podziwiać, ale przez okno zobaczyłam, że ktoś już tam siedzi. Postanowiłam nie przeszkadzać i usiadłam sobie w oknie, skąd widok był równie piękny. Padające krople deszczu i błyski, co jakiś czas przecinające niebo, miały w sobie coś magicznego i przypominały mi, że takie właśnie jest życie – że w każdej burzy kryje się i groza, i piękno. Wystarczy tylko chcieć to piękno dostrzec.

W wolnym czasie dużo spacerowałam po lesie, ale i po niedużym cmentarzu, znajdującym się w pobliżu ośrodka. Znajduje się na nim sporo grobów zakonnic. Na każdym z nich podane jest zakonne imię z predykatem (np. “od radości Bożej” albo “od Jezusa”), a pod spodem świeckie imię i nazwisko, wiek i ilość lat powołania. Te groby mnie przyciągały, błądziłam wśród nich, rozmyślając nad predykatami sióstr, a także nad tym, że ludzkie życie jest takie krótkie, że po każdym z nas prędzej czy później zostanie tylko nagrobek. A wtedy już nic nie będziemy mogli zmienić – na wieczność całą zostaniemy tacy, jakimi umrzemy. Gdzieś na linii między dobrem a złem. Jak naczynie na miłość, które w tym życiu Bóg drąży, by było jak najgłębsze – na tyle, na ile Mu pozwolimy. A potem, po naszej śmierci, napełni to naczynie miłością. Do pełna.

Podczas tych rozmyślań przyłapała mnie jedna z żyjących sióstr. Spytała, czy szukam kogoś konkretnego. Powiedziałam jej, że nie, że czytam predykaty, które czasem były dla mnie trudne do odszyfrowania. Kiedy następnego dnia zobaczyła mnie dokładnie w tym samym miejscu, domyśliła się chyba, że nie tylko o to chodzi. Ale już nie podeszła, nie pytała, uszanowała moje zamyślenie.

Pokuta, pokuta, pokuta

Ostatniego wieczoru jedna z uczestniczek rekolekcji podzieliła się z nami swoimi osobistymi przeżyciami, które bardzo mnie poruszyły, a później opowiedziała nam o pastuszkach z Fatimy i pokutach, jakie podejmowali. Temat pokuty i wyrzeczenia wraca do mnie od pewnego czasu. Trudno mi się z nim zmierzyć. Wciąż jeszcze nie rozumiem tak do końca sensu wyrzeczenia. Rozumowo wiem, że poświęcenie, że za kogoś czy za coś, że przebłaganie, że łaska, że z miłości… Ale kiedy przychodzi co do czego – nie umiem sobie odmówić cukierka czy innej przyjemności, o jakiejkolwiek pokucie nie wspominając. Bo ta sprawa, za którą trzeba pokutować czy dla której warto się czegoś wyrzec, jest tam gdzieś daleko – a cukierek na wyciągnięcie ręki…

A pokutować trzeba. Tyle zła się ostatnio dzieje, tyle ludzi odwróciło się od Boga, tyle Go obraża… Ojciec Roman w trakcie rekolekcji wypowiedział straszne słowa – że Polska przestaje być krajem chrześcijańskim, katolickim. Że wszystko się zmienia i nie możemy tego zmienić, musimy się nauczyć żyć w nowym świecie. I że nowy wcale nie oznacza gorszy. Tylko inny. Wymagający innych dróg, innych działań. Na zmiany nie mamy wpływu, ale na to, co z nimi zrobimy – już tak. Zmian nie powstrzymamy, ale wciąż możemy sprawić, że wiara przetrwa. Że nasze dzieci, wnuki, prawnuki, będą miały możliwość wyznawania Boga, że będą mogły żyć zgodnie z chrześcijańską moralnością. Choćby znów musiały zejść do katakumb, jak za czasów pierwszych chrześcijan. A potem… może nastąpi nowe odrodzenie? Kto wie?

Miłość i wolność

Współczesny świat nie uczy nas wyrzeczenia. Wręcz przeciwnie – przyzwyczaja nas do tego, że możemy i powinniśmy chcieć więcej. Że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Gdzieś po drodze gubimy naszą wolność, a tym samym – nasze człowieczeństwo i zdolność do miłości. Bo miłość możliwa jest tylko tam – to też usłyszałam na rekolekcjach – gdzie jest wolność. Nie ma miłości bez wolności, bo nie mogę podarować drugiemu człowiekowi czegoś, co nie należy do mnie. I to prowadzi mnie do pytania – czy skoro nie umiemy sobie niczego odmówić, to jesteśmy w ogóle zdolni do miłości?

Wiatr drzewa spienia

“Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w górę unoszą
i tylko chmury — palcom czy włosom
podobne — suną drapieżnie w mrok.

Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.

Kwiaty to krople miodu — tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.

Pod ziemią drążą strumyki — słychać —
krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
któremu kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble — krew.

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi — źli troglodyci.

Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.

Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca — bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień — tak — głaz.

I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż”.

K. K. Baczyński “Pokolenie”

Photo by kalhh on Pixabay

W Rzymie na Campo di Fiori

“W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.

Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.

Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.

Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.

Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.

Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.

I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety”.

Cz. Miłosz “Campo di Fiori”

Photo by Peggy und Marco Lachmann-Anke on Pixabay