Skonał rok stary

“Skonał rok stary; z jego popiołów wykwita
Feniks nowy, już skrzydła roztacza na niebie,
Świat go cały nadzieją i życzeniem wita:
Czegóż w tym nowym roku żądać mam dla siebie?

Może chwilek wesołych? – Znam te błyskawice;
Kiedy niebo otworzą i ziemię ozłocą,
Czekamy wniebowzięcia: aż nasze źrenice
Grubszą niżeli pierwej zasępią się nocą.

Może kochania? – Znam tę gorączkę młodości;
W platońskie wznosi sfery, przed rajskie obrazy:
Aż silnych i wesołych strąci w ból i mdłości,
Z siódmego nieba w stepy między zimne głazy.

Chorowałem, marzyłem, latałem i spadam;
Marzyłem boską różę, bliski jej zerwania
Zbudziłem się, sen zniknął, róży nie posiadam.
Kolce w piersiach zostały. – Nie żądam kochania.

Może przyjaźni? – Któż by nie pragnął przyjaźni?
Z bogiń, które na ziemi młodość umie tworzyć,
Wszakże tę najpiękniejszą córkę wyobraźni
Najpierwszą zwykła rodzić i ostatnią morzyć.

O! przyjaciele, jakże jesteście szczęśliwi!
Jako w palmie Armidy wszyscy żyjąc społem,
Jedna zaklęta dusza całe drzewo żywi,
Choć każdy listek zda się oddzielnym żywiołem:

Ale kiedy po drzewie grad burzliwy chłośnie
Lub je żądło owadów jadowitych draźni,
Jakże każda gałązka dręczy się nieznośnie
Za siebie i za drugie! – Nie żądam przyjaźni.

I czegóż więc w tym nowym roku będę żądał?
Samotnego ustronia, dębowej pościeli,
Skąd bym już ani blasku słońca nie oglądał,
Ni śmiechu nieprzyjaciół, ni łez przyjacieli. –

Tam do końca, a nawet i po końcu świata,
Chciałbym we śnie, z którego nic mię nie obudzi,
Marzyć, jakem przemarzył moje młode lata,
Kochać świat, sprzyjać światu – z daleka od ludzi. -“.

A. Mickiewicz “Nowy rok”

Photo by Tom Hill on Pixabay

Czemu nie chcesz mnie zjeść?

– Gośkę wczoraj zjedli! – podekscytowana Oliwia stanęła w drzwiach salonu, w którym jej mąż, Olaf, właśnie spokojnie czytał poobiednią gazetę.

– Mhm… – mruknął bez zainteresowania. Nie widział w tym nic ekscytującego i nie rozumiał, o co jego żona robi taki raban. Przecież jej koleżanka, Gośka, skończyła 45 lat już jakiś czas temu, od dawna była stosownie upasiona, a jej mąż od dobrego roku prowadzał się z 20-latką. Co w tym dziwnego, że w końcu zjadł żonę, żeby móc się połączyć z nową? Tak nakazywał odwieczny zwyczaj, tak stary, że nikt już nie pamiętał, kiedy właściwie powstał ani z czego wynikał. Po co tracić czas na gadanie czy rozmyślanie o rzeczach oczywistych?

Ale Oliwia uważała inaczej. Co więcej, temat poruszał ją osobiście – w końcu była w tym samym wieku, co zjedzona przyjaciółka i, jak wszystkie ich rówieśnice, od miesięcy za-stanawiała się, jak to będzie, czy mąż okaże jej stosowny szacunek, odbierając życie poświę-conym tasakiem, jak ją przyrządzą, czy będzie wystarczająco smaczna… Na wszelki wypadek starała się jeść tylko potrawy, dzięki którym jej mięso będzie miękkie i aromatyczne. To byłaby straszna hańba, gdyby zdarzyło jej się to, co stało się na stypie Kornelii, której mąż, po spróbowaniu pierwszego kęsa, rzucił widelcem o ścianę i krzyknął:

– Co za ohyda!

Oczywiście Olaf był znacznie lepiej wychowany, nie upokorzyłby jej publicznie, nawet gdyby mu nie smakowała. Udawałby, że wszystko jest w porządku, ale to jednak byłoby upokarzające. Żona powinna smakować mężowi, żeby w tej ostatniej drodze mógł jej towarzyszyć ze szczerym uśmiechem na ustach.

Na razie jednak niestety nie zanosiło się na to, żeby już wkrótce miała stać się posiłkiem. Był już najwyższy czas – dzieci odchowane, ona sama od dawna jadła specjalne, tuczące potrawy, żeby być odpowiednio tłustą, przygotowała też córce specjalny przepis, według którego miała zostać przyrządzona – tradycja chciała, żeby to najstarsza córka, a w razie jej braku najbliższa krewna płci żeńskiej, przygotowywała posiłek z matki. Do stołu podawać musiał najstarszy syn. Oboje zostali już stosownie przyuczeni, a córka wielokrotnie gotowała potrawę na podstawie matczynego przepisu, żeby nabrać wprawy – oczywiście do celów nauki mięso ludzkie zastępowane było cielęcym. Jednym słowem – wszystko było gotowe.

A tymczasem Olaf się ociągał. Wciąż jeszcze nie miał młodej kochanki, a zamiast przeżywać drugą młodość i spędzać dni na imprezach i w klubach, gdzie mógłby poznać dziewczynę w stosownym wieku, czyli 18-20-latkę, on wolał siedzieć w domu, czytać gazety, składać swoje ulubione modele statków kosmicznych, albo – o zgrozo – wpatrywać się zachwyconym wzrokiem w swoją starą i grubą żonę.

Oliwia podeszła do niego i wyciągnęła mu gazetę z rąk.

– Kiedy wreszcie zaczniesz przygotowania do stypy? – spytała wprost.

Olaf spojrzał na nią nierozumiejącym, ale zakochanym wzrokiem.

– Przecież żyjesz – skomentował głupio.

– No właśnie! – z tonu głosu kobiety wyraźnie wynikało, że to źle.

– Daj spokój, kochanie – w głosie Olafa zabrzmiała czułość. – Przecież wiesz, że nie chcę cię zabijać i zjadać. Nie chcę młodszej i szczuplejszej, kocham cię tak samo, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem.

– Jak tak możesz! – w oczach oburzonej Oliwii zalśniły łzy. Olaf wstał z fotela i wyciągnął ramiona, żeby ją przytulić i pocieszyć – naprawdę nie potrafił zrozumieć, czemu ona właściwie płacze – ale kobieta odwróciła się i wybiegła z pokoju, zanosząc się głośnym szlochem.

Olaf opadł ciężko na fotel. Po raz kolejny dochodził do wniosku, że nigdy nie zrozumie kobiet. Czemu ona tak bardzo chce zostać zjedzona? Przecież to nie ma sensu. Tyle przygotowań do stypy, dopieszczania szczegółów uroczystości, której – nawet gdyby jednak zde-cydował się ją zabić – nigdy nie zobaczy. Ale przede wszystkim nie chciał jej zabijać. Poznali się 27 lat temu, w bibliotece, gdzie niespodziewanie wpadła na niego drobna, niosąca stos książek blondyneczka, która spodobała mu się od pierwszego wejrzenia. Zaproponował jej pomoc w zbieraniu powstałego bałaganu, po czym zaprosił na kawę. Z upływem lat kochał ją coraz bardziej. Nie za szczupłe kiedyś nogi, nie za kształtne piersi, nie za długie, jasne włosy, ale przede wszystkim za żywą inteligencję, dobre serce, psotny błysk w niebieskich oczach. Za to wszystko, co nie przemija z wiekiem.

Nie wyobrażał sobie życia bez niej, taka była prawda. I nawet dla jej szczęścia nie potrafił zrezygnować z własnego, które dawała mu jej obecność u jego boku.

Tymczasem do pokoju weszła ich 22-letnia córka, Matylda.

– Tato, mama znów przez ciebie płacze – powiedziała z wyrzutem w głosie.

Usiadła obok niego na poręczy fotela.

– Dlaczego właściwie nie chcesz jej zjeść? Dlaczego musisz ją tak bardzo upokarzać? – pytała ze smutkiem. – Naprawdę nie rozumiesz, że wszystkie jej koleżanki zostały już zjedzone? Że młodsze kobiety pokazują ją palcami, mówiąc, że z góry zakładasz, że będzie niesmaczna? Nie rozumiesz, na jakie upokorzenia ją skazujesz? Przemyśl to sobie, tato. Jeśli kochasz ją tak mocno jak twierdzisz, zjedz ją, jak przystało na mężczyznę!

Matylda wstała i wymaszerowała z pokoju. Olaf ukrył głowę w dłoniach i myślał. Wreszcie samotna łza stoczyła mu się po policzku i upadła, zostawiając mokrą plamę na leżącej na podłodze obok fotela gazecie. Chwilę potem wstał i wyruszył na poszukiwanie żony.

Znalazł ją zapłakaną w kuchni. Objął, pocałował jej mokre od łez oczy i powiedział:

– Za trzy dni będzie stypa.

Nigdy miał już nie zapomnieć jej nagle rozpromienionych oczu.

* * *

Trzy dni później wszystko odbyło się jak trzeba. Olaf się wykazał. Zabił żonę krótkim, celnym uderzeniem poświęconego tasaka. Matylda spisała się na medal, gotując i przyrządzając matkę, a Olaf zjadł potrawę ze smakiem i z uśmiechem na ustach, chwaląc aromatyczne mięso i podkreślając, że zostało przyrządzone według autorskiego przepisu zmarłej. Uczestnicy stypy również docenili walory pysznej potrawki. Jednym słowem – stypa, z której Oliwia naprawdę mogłaby być dumna, gdyby żyła.

Następnego dnia Matylda znalazła Olafa leżącego w kuchni z przeciętą tętnicą szyjną. Obok leżał poświęcony tasak i kartka – „Przyrządźcie mnie według tego samego przepisu i zjedzcie”. Córka pokiwała głową nad ciałem ojca, po czym spełniła jego ostatnią prośbę. Nie płakała. Wiedziała, że taka jest kolej rzeczy. Miała już nawet przygotowany przepis na własną stypę.

U. Piechota – Wszystkie prawa zastrzeżone (All rights reserved).

Photo by Виктория on Pixabay

Idź dokąd poszli tamci

“Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź”.

Z. Herbert “Przesłanie Pana Cogito”

Tak to wygląda, gdy zabraknie Boga…
Photo by Peter H on Pixabay

O Panie, który rządzisz przestworzami

O Panie, który rządzisz przestworzami,
Tak wielkiś Ty, istnienie Twe bez granic,
Tak mała ja i czas mój tak mizerny,
Wieczności pył w Wszechświecie Twym niezmiernym.

I tak jak sen mijają nie wiem kiedy
Szczęśliwe dni na przemian z dniami biedy.
Nie wróci już najmniejsza nawet chwila,
A każdy rok machnieciem jest motyla.

Gdy patrzę wstecz, na całe moje życie,
Wciąż widzę jedno tylko – Twe odbicie.
Na podobieństwo Twoje jam stworzona:
Ciało przemija – dusza nieskończona.

Wkrótce do bram Twych zapukam, o Panie –
Czy przyjmiesz mnie, czy skażesz na wygnanie?
Czy pierwszy raz pozwolisz mi zrozumieć
Że kochać tylko Twoje Serce umie?

Że ludzka miłość, tak niedoskonała,
Jest tylko cieniem, jak gorczyca mała?
Że te tęsknoty, dziś nieukojone,
Wiatr życia zawsze w Twoją pędzi stronę?

U. Piechota, 25.08.2021

Photo by Inactive account – ID 8385 on Pixabay

Nie leń się w pracy nad sobą

“Nie leń się w pracy nad sobą, nie odkładaj swej świętości na jutro, na później, aż do starości czy do klasztoru. Któż wie, jak się twoje życie ułoży i czy doczekasz starości? Żyj co dzień tak jakbyś wieczorem umrzeć miała. Twoja świętość to każdy dzień powszedni – święcie przeżyty. Twoim jest tylko – dzisiaj!”

słowa Jezusa, K. Kowalczewska “Mów Panie…”, s. 36

Photo by Лариса Мозговая on Pixabay