Słu­chaj, dzie­wecz­ko! Ona nie słu­cha…

“«Słu­chaj, dzie­wecz­ko! Ona nie słu­cha…
To dzień bia­ły, to mia­stecz­ko…»
Nie ma mia­stecz­ka, nie ma ży­we­go du­cha,
po gru­zach bie­ga naga, ruda Ryf­ka,
trzy­na­sto­let­nie dziec­ko.

Prze­jeż­dża­li gru­bi Niem­cy w gru­bym tan­ku.
(Ucie­kaj, ucie­kaj, Ryf­ka!)
«Mama pod gru­za­mi, tata w Maj­dan­ku…»
Ro­ze­śmia­ła się, za­krę­ci­ła się, zni­kła.

I prze­jeż­dżał zna­jo­my, do­bry łyk z Lu­bar­to­wa:
«Masz , Ryf­ka, buł­kę, że­byś była zdro­wa…»
Wzię­ła, ugry­zła, za­świe­ci­ła zę­ba­mi:
«Ja za­nio­sę ta­cie i ma­mie.»

Prze­jeż­dżał chłop, rzu­cił gro­sik,
prze­jeż­dża­ła baba, też dała co­sik,
prze­jeż­dża­ło dużo, dużo luda.
każ­dy się dzi­wił, że goła i ruda.

I prze­jeż­dżał bo­le­ją­cy Pan Je­zus,
SS-mani go wie­dli na męki,
po­sta­wi­li ich obo­je pod mie­dzą,
po­tem wzię­li ka­ra­bi­ny do ręki.

«Słu­chaj, Jezu, słu­chaj, Ryf­ka, Sie Ju­den,
za ko­ro­nę cier­nio­wą, za te wło­sy rude,
za to, że­ście nadzy, za to, że­śmy win­ni,
obo­je­ście umrzeć po­win­ni.»

I ozwa­ło się Al­le­lu­ja w Ga­li­lei,
i obo­je anie­le­li po ko­lei,
po­tem sal­wa roz­le­gła się głu­cha…
«Słu­chaj, dzie­wecz­ko!… Ona nie słu­cha…»”.

W. Broniewski “Ballady i romanse”

Photo by Adina Voicu on Pixabay

Z dy­mem po­ża­rów, z ku­rzem krwi brat­niej

“Z dy­mem po­ża­rów, z ku­rzem krwi brat­niej,
Do Cie­bie, Pa­nie, bije ten głos!
Skar­ga to strasz­na, jęk to ostat­ni,
Od ta­kich mo­dłów bie­le­je włos.
My już bez skar­gi nie zna­my śpie­wu,
Wie­niec cier­nio­wy wrósł w na­szą skroń,
Wiecz­nie, jak po­mnik Two­je­go gnie­wu,
Ster­czy ku To­bie bła­gal­na dłoń.

Ileż to razy Tyś nas nie sma­gał,
A my nie zmy­ci ze świe­żych ran,
Zno­wu wo­ła­my: On się prze­bła­gał,
Bo On nasz Oj­ciec, bo On nasz Pan!
I znów po­wsta­jem w uf­no­ści szczer­si,
Lecz za Twą wolą zgnia­ta nas wróg,
I śmiech nam rzu­ca, jak głaz na pier­si:
«A gdzież ten Oj­ciec, a gdzież ten Bóg?!

I pa­trzym w nie­bo, czy z jego szczy­tu,
Sto słońc nie spad­nie wro­gom na znak?
Ci­cho i ci­cho… po­śród błę­ki­tu,
Jak daw­niej buja swo­bod­ny ptak.
Owóż w zwąt­pie­nia strasz­nej roz­ter­ce,
Nim na­szą wia­rę ocu­cim znów,
Bluź­nią ci usta, choć pła­cze ser­ce,
Sądź nas po ser­cu, nie we­dług słów!

O, Pa­nie! Pa­nie! ze zgro­zą świa­ta,
Okrop­ne dzie­je przy­niósł nam czas;
Syn za­bił ojca, brat za­bił bra­ta,
Mnó­stwo Ka­inów jest w po­śród nas.
Ależ o Pa­nie! oni nie­win­ni,
Choć na­szą przy­szłość cof­nę­li wstecz,
Inni sza­ta­ni byli tam czyn­ni;
O! rękę ka­raj, nie śle­py miecz!

Patrz! my w nie­szczę­ściu za­wsze jed­na­cy,
Na Two­je łono, do Two­ich gwiazd
Mo­dli­twą pły­niem, jak sen­ni pta­cy,
Co lecą spo­cząć wśród wła­snych gniazd
Osłoń nas, osłoń, oj­cow­ską dło­nią,
Daj nam wi­dze­nie przy­szłych Twych łask;
Niech kwiat mę­czeń­ski uśpi nas wo­nią,
Niech nas nie­biań­ski oto­czy blask!

I z Ar­cha­nio­łem Two­im na cze­le
Pój­dzie­my wszy­scy na strasz­ny bój,
I na drga­ją­cem sza­ta­na cie­le
Za­tknie­my sztan­dar zwy­cię­ski Twój!
Zbłą­ka­nym bra­ciom otwo­rzym ser­ca,
Winę ich zmy­je wol­no­ści chrzest;
Wten­czas usły­szy pod­ły bluź­nier­ca
Od­po­wiedź na­szą: «Bóg był i jest!»”.

K. Ujejski “Chorał”

Photo by Ria Sopala on Pixabay

Arkebuzy dymiące jeszcze widzę

“Arkebuzy dymiące jeszcze widzę,
Jakby to wczoraj u głowic lont spłonął
i kanonier jeszcze rękę trzymał,
gdzie dziś wyrasta liść zielony.
W błękicie powietrza jeszcze te miejsca puste,
gdzie brak dłoni i rapierów śpiewu,
gdzie teraz dzbany wrzące jak usta
pełne, kipiące od gniewu.
Ach, pułki kolorowe, kity u czaka,
pożegnania wiotkie jak motyl świtu
i rzęs trzepot, śpiew ptaka,
pożegnalnego ptaka w ogrodzie.
Nie to, że marzyć, bo marzyć krew
to krew ta sama spod kity czy hełmu.
Czas tylko warczy jak lew
przeciągając obłoków wełną.

Płacz, matko, kochanko, przebacz,
bo nie anioł, nie anioł prowadzi.
Wy te same drżące u nieba,
wy te same róże sadzić jak głos
na grobach przyjdziecie i dłonią
odgarniecie wspomnienia i liście jak włos
siwiejący na płytach płaskich.

Idą, idą pochody, dokąd idą,
których prowadzi jak wygnańców łaski
ląd krążący po niebie. A może
niebo po lądzie dmące piaskiem
tak kształt ich zasypuje. Jak noże
giną w chleb pogrążone — tak oni
z wolna spływają. Piach ich pokrywa.

Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni”.

K. K. Baczyński “Historia”

Photo by Greet Gladine on Pixabay

Nas nauczono

“Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w gorę unoszą
i tylko chmury – palcom czy włosom
podobne – suną drapieżnie w mrok.

Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.

Kwiaty to krople miodu – tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.

Pod ziemią drżą strumyki – słychać –
Krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
Któremu kości kijem złamano,
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci.

Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.

Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca – bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień – tak – głaz.

I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż”.

K. K. Baczyński “Pokolenie”

Ten wiersz jest nadal tak bardzo aktualny, jeśli przeczytać go w kluczu ostatnich protestów…
Photo by Antonio Cansino on Pixabay

Wiatr drzewa spienia

“Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w górę unoszą
i tylko chmury — palcom czy włosom
podobne — suną drapieżnie w mrok.

Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.

Kwiaty to krople miodu — tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.

Pod ziemią drążą strumyki — słychać —
krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
któremu kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble — krew.

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi — źli troglodyci.

Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.

Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca — bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień — tak — głaz.

I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż”.

K. K. Baczyński “Pokolenie”

Photo by kalhh on Pixabay

W Rzymie na Campo di Fiori

“W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.

Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.

Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.

Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.

Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.

Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.

I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety”.

Cz. Miłosz “Campo di Fiori”

Photo by Peggy und Marco Lachmann-Anke on Pixabay

Nie zginąłeś mi onej jesieni

“Nie zginąłeś mi onej jesieni
aniś w tundrze w kopczyk płaski się zmienił,
ni w katyńskim nie było cię lasku.

Na pustyni, w upale i blasku,
grobu twego nie szukam dziś w piasku
ani w gruzach strasznego opactwa…

Brat myślący skrzydlatego ptactwa
– szary żuraw trafiony na przestrzał –
ognia-ś płachtą nie spadał z powietrza…

Nie zaznałeś kaźni Oświęcimia,
swąd stolicy ócz ci nie zadymiał,
nigdy wróg ci żaden nie przewodził.

Jakże losy sprzyjały ci, synu!
Jakżeś mądry był – mądry nad podziw –
żeś być nie chciał! Żeś się nie urodził!”.

D. Obertyńska “Do mego syna”

Miłość za murami Auschwitz

Miłość. Obóz zagłady. Obrotny żyd. I – co najlepsze – to wszystko prawdziwa historia.

Jak to się zaczęło?

Lektura książki “Tatuażysta z Auschwitz” Heather Morris jest efektem przypadkowej wizyty w księgarni. Szłam na zajęcia, miałam jeszcze czas, mijałam księgarnię. Skusiło mnie. Weszłam. Wśród książek na półkach rzuciła mi się w oczy właśnie ta. Kupiłam. Przeczytałam jednym tchem. Tak można tę historię streścić.

Książka jest oparta na faktach. Pewien stary mężczyzna, po śmierci ukochanej, postanowił opowiedzieć historię swojej miłości. Miłości niezwykłej i trudnej, bo narodzonej w świecie śmierci – za murami Auschwitz.

Kim jest on?

Bohaterem książki jest młody Żyd – Lale. Mężczyzna – jak wielu Żydów – cwany i obrotny. Udaje mu się wkręcić na intratne stanowisko – tatuuje numery na ramionach przybywających do obozu więźniów, mężczyzn i kobiet. Nie jest to łatwe zajęcie, wymaga nie tylko zadawania i tak już wymęczonym więźniom dodatkowego bólu, ale też ciągłych kontaktów z Niemcami. A takie kontakty to ryzyko.

A kim ona?

Gita pojawia się w życiu Lalego jako podsunięte do tatuowania ramię.

“Kiedy kończy, przez moment trzyma ramię dziewczyny w dłoni i spogląda na nią. Zmusza się do nieśmiałego uśmiechu. Ona odpowiada jeszcze bardziej nieśmiało, ale oczy jej błyszczą. Kiedy Lale w nie zagląda, czuje, jak serce zatrzymuje mu się na chwilę, po czym zaczyna bić mocno, jakby po raz pierwszy w życiu, niemal wyrywając mu się z piersi. Z trudem odrywa wzrok od jej oczu i wbija go w ziemię.” (s. 10).

Lale nie wie o dziewczynie nic. Nie zna jej imienia, nie wie, do którego bloku trafiła. Wie tylko, że spotkał miłość swojego życia. I zaczyna jej szukać.

Jak okazać miłość, gdy nie masz nic?

Jak to zwykle bywa, miłość do Gity popycha Lalego do działania, które przynosi mu sukces – nie tylko w miłości, ale i w obozowym życiu. Zaczyna się od marzenia, by ukochanej dziewczynie przynieść kawałek luksusu – kostkę czekolady. Jak ją zdobyć, gdy nawet o chleb jest ciężko? Jak przekupić kapo i zdobyć czas, który można spędzić z ukochaną? Jak uchronić ją przed śmiercią i cierpieniem?

Co dalej?

Nie zdradzę Wam, co Lale zrobił, by wygrać swoją miłość. Dość wspomnieć, że miał w tym udział pewien Niemiec, kliku Polaków i wielu, wielu więźniów. Co się działo? Przeczytajcie sami.

Książka jest pisana w spokojnym, delikatnym stylu. Nie ma w niej drastycznych opisów, choć wspominane jest bestialstwo i tragedie obozowego życia. Narracja prowadzona jest jednak jakby trochę z dystansu – być może dlatego, że książki nie pisał Lale, a kobieta, która wysłuchała jego historii. No i głównym tematem książki nie jest zagłada, ale miłość. Miłość, która umie przebić sobie drogę nawet tam, gdzie króluje śmierć.

Nie tylko miłość

Oprócz wątku miłości dwojga ludzi, w książce pojawia się wiele równie ciekawych wątków – przyjaźni, także tych jednostronnych, relacji, które nie miałyby szansy powstać, gdyby nie obóz. Wątkiem, który był dla mnie istotny jest np. “przyjaźń” Lalego z jednym z Niemców. W cudzysłowie, bo jest to przyjaźń dziwna, trochę jednostronna, taka ni to przyjaźń, ni to biznesowa relacja – bardzo autentyczna w swojej wymowie, i jakże często spotykana również współcześnie.

W moim odczuciu książka naprawdę warta jest przeczytania. Nie brakuje w niej sytuacji dramatycznych, jak ciężka choroba Gity, ale akcja dzieje się spokojnie, kładzie nacisk przede wszystkim na psychologię człowieka. Pokazuje, że w obozach, oprócz okrucieństw, było też po prostu zwyczajne życie. Byli zwyczajni ludzie – i po jednej, i po drugiej stronie. Nie tylko wielcy bohaterowie i wielcy zbrodniarze, ale też zwykli, szarzy, wrażliwi ludzie, którzy chcieli po prostu żyć, kochać, przetrwać jakoś ten zły czas i wrócić do normalności. I niektórym się udało. Tak jak Lalemu.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki H. Morris “Tatuażysta z Auschwitz”. Warszawa 2018.

Z ciekawszych tekstów dotyczących książki polecam wywiad z autorką książki, inny wywiad można znaleźć też na stronie Interii.

Czasem, jak w opisanej książce, piękna miłość musi przetrwać straszne warunki. A czasem to właśnie “miłość” (tak, taka w cudzysłowie) stwarza straszne warunki. O takiej miłości mówi książka Teresy Ewy Opoki „Żona psychopaty”.