Dziewczyny kodują, czyli powieści dla przyszłych programistek

Reshma Saujani, założycielka organizacji Girls Who Code, napisała, że

„[…] brakuje książek, które opisywałyby, jak to jest być dziewczyną programistką. Zawsze powtarzam, że nie można stać się kimś, kogo w życiu się nie widziało. Ani o kim nic się nie czytało. Musimy czytać o dziewczynach takich jak my, żeby mieć odwagę próbować nowych rzeczy!” – „Kod przyjaźni”, s. 5-6).

Cóż, teraz już nie brakuje – książki Stacii Deutsch „Kod przyjaźni” i „Przyjaciółki rządzą” wypełniają tę lukę, a sądząc z komunikatu na końcu drugiego tomu serii, będzie ona kontynuowana.

O czym są te książki?

Książeczki z serii „Dziewczyny kodują” to powieści dla dziewczynek w wieku 10 – 12 lat. Opowiadają o czterech (a w drugim tomie – pięciu) przyjaciółkach, które zaczęły się uczyć kodowania. A jednocześnie przemycają pewną dawkę wiedzy programistycznej – głównie dotyczącej sposobów myślenia, ale też pseudokodu i terminologii. Książki są ciekawe, a bohaterki zróżnicowane – co jest bardzo ważne, bo pokazuje, że „programować każdy może”. Narratorką każdej z książek jest inna dziewczynka z tej samej grupy, co pozwala przyjrzeć się stworzonemu światu z różnych perspektyw.

W pierwszym tomie dziewczynki znajdują tajemnicze listy, w których otrzymują zadania do wykonania. Zadania są oczywiście związane z programowaniem – listy zapisane są pseudokodem. Jednocześnie czytelniczka jest ostrożnie wprowadzana w tajniki myślenia programistycznego oraz podstawowych elementów pseudokodu. W kolejnym tomie dziewczynki biorą udział w hakatonie – konkursie programistycznym, w którym ich zadaniem jest zaprogramować robota tak, by przeszedł przez labirynt. Jednocześnie pojawiają się kolejne terminy oraz prezentowany jest sposób, w jaki tworzy się oprogramowanie.

Trochę zastrzeżeń

Chociaż książki są dobrze napisane i nie zawierają błędów merytorycznych, pewne moje zastrzeżenia budzi tłumaczenie elementów pseudokodu na polski. Pojawia się ono tylko w pierwszym tomie – był to trudny wybór tłumaczki, która musiała zdecydować się albo na formę angielską, która mogłaby być niezrozumiała dla nieznającej angielskiego dziewczynki, albo na formę polską, która jednak odbiera temu fragmentowi część wymiaru edukacyjnego. W drugim tomie w analogicznej sytuacji pojawia się już słówko angielskie.

Drugie moje zastrzeżenie to trochę zbyt skomplikowany język, którym napisana jest jedna z definicji pod koniec książki – nie jestem pewna, czy czytająca dziewczynka zrozumie o co chodzi. To jednak są drobiazgi.

Czy warto podarować dziewczynce książkę z serii „Dziewczyny kodują”?

Książki same w sobie przedstawiają pewną wartość merytoryczną, przekazują podstawową wiedzę zarówno o podstawowych terminach związanych z kodowaniem, jak i o potrzebnym do tego sposobie myślenia. Są też ciekawe. Nie to jednak stanowi o ich wartości. Moim zdaniem najważniejsze jest to właśnie, co powiedziała cytowana wyżej Reshma Saujani – pokazują, że programowanie jest także dla dziewczynek, i że może być dla nich świetną zabawą. I że może się nim zajmować każdy. Nieważne, czy jest dziewczynką, czy chłopcem, typem strojnisi czy sportsmenki. Kodować każdy może.

Książki burzą też mit samotnego, niechętnego ludziom programisty-ekscentryka i pokazują, że programowanie to tak naprawdę często praca zespołowa. A tym samym zachęcają dziewczynki do podjęcia pierwszych prób. I to właśnie liczy się dla mnie w tych powieściach najbardziej.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książkek Stacii Deutsch „Kod przyjaźni” i „Przyjaciółki rządzą” z serii „Dziewczyny kodują”. Tł. K. Rosłan, Warszawa 2017.

„Jak poruszyć niebo”

Bóg się spóźnia. Przecież tyle się modliłam, tyle prosiłam. Przecież obiecał – „o cokolwiek prosić będziecie”… A tu nic. Cisza. Nic się nie dzieje.

Jak to się zaczęło?

Po książkę „Jak poruszyć niebo” Marcina Jakimowicza sięgnęłam całkowitym przypadkiem. Albo zrządzeniem Bożym, jak kto woli. Nie miałam pomysłu, co poczytać spośród sterty czekających na przeczytanie książek. Krótka modlitwa: „wskaż mi, co poczytać”… i książka była już w ręku. Pochłonęłam ją niemal od razu w całości, zaznaczając do zapisania w cytatniku chyba z pół książki. Najbardziej jednak poruszył mnie sam początek, który zdawał się odpowiadać na moje wątpliwości i wahania.

Martwa sytuacja nie jest martwa

Książka mówi o różnych doświadczeniach wiary. O poczuciu bezsensu, o momentach, kiedy wszystko idzie nie tak, kiedy jesteśmy mali i wydaje nam się, że nic się nie dzieje, a Boże obietnice to jakaś pomyłka. Mówi o tym, że to jednak ma sens. Że dokądś prowadzi. Przypomina, że logika Boga różni się od logiki człowieka. Że nawet śmierć – zarówno ta rozumiana dosłownie, jak i ta metaforyczna – nie jest końcem.

„Jeśli spóźniający się cztery dni do Betanii Jezus zapowiada, że choroba Łazarza «nie zmierza ku śmierci», to znaczy, że martwa sytuacja, w której tkwimy po uszy, skończy się ostatecznie eksplozją życia. Koniec, kropka. Nawet jeśli po kilku dniach wydaje się, że jest już «po ptokach».” (s. 12 – 13).

Książka przypomina też, że Bóg chce i lubi być proszony – i że zawsze wysłuchuje naszych próśb, w ten czy inny sposób. Bóg nie zawodzi!

„Jeśli On coś obiecał, dotrzyma słowa. Sam raczy wiedzieć kiedy.” (s. 16).

I jeśli jeszcze nie odpowiedział na twoje modlitwy, to znaczy, że ma powód. Może czeka na właściwy moment. Może czeka, aż będziesz gotowy na przyjęcie Jego łaski. A może to wszystko jest po prostu próbą…

„Zaufaj! Każda próba jest po coś. Każda dolina jest po to, by Bóg mógł cię jeszcze wyżej wynieść.” (s. 132).

Pieniądze się nie liczą

Wyobraź sobie taką sytuację: zwolniono cię z pracy, nie możesz znaleźć drugiej. Ale z czegoś żyć trzeba, jedzenie kosztuje, mieszkanie kosztuje… Zaczynasz mieć długi. Albo zostaje ci ostatnia złotówka. I wtedy przychodzi ktoś, kto cię o tę ostatnią złotówkę prosi. Co robisz?

Pieniądze się nie liczą – tak uczy Biblia. Jeśli my nie będziemy niczego żałować Bogu i bliźnim, to i On nam nie pożałuje. Mówił mi to kiedyś jeden ze znajomych, przeczytałam to również w książce Jakimowicza. I przyznaję, że mnie to nie przekonuje 😉 Niby w to wierzę, ale jednocześnie nie ma we mnie tyle zaufania, żebym potrafiła oddać ostatni grosz żebrakowi, tak jak zrobił to na moich oczach wspomniany znajomy, który w tamtym momencie był dokładnie w sytuacji opisanej wyżej. Z jednej strony odebrałam to jako piękne. Z drugiej – jako głupie.

Co robić?

Książka daje konkretne wskazówki (zgodnie z obietnicą w podtytule), co robić, kiedy nie wiemy, co robić. Odpowiedź jest bardzo prosta:

„Nie wykonujcie nerwowych ruchów […] – Czekajcie na Jego odpowiedź w waszej sprawie. Jeśli jesteście pasterzami, wróćcie do pasienia owiec.” (s. 16).

A skoro czekać na odpowiedź – to najpierw trzeba zapytać, prawda? Autor pisze więc i o modlitwie. Ta część zrobiła na mnie spore wrażenie. Problem rozproszeń na modlitwie jest dla mnie bardzo trudny, często łapię się na tym, że odmówiłam dziesiątkę różańca i nawet nie pamiętam którą, bo moje myśli błądziły gdzieś daleko. A tymczasem

„Modlitwa pełna roztargnień jest na ogół bardziej upokarzająca niż modlitwa w skupieniu, dlatego przynosi więcej chwały Bogu, mniej nam, później zaś stwierdzamy, że zyskaliśmy więcej dobra.” (cytat ze słów Johna Chapmana), s. 137).

Bo to nie my mamy działać. My mamy zaufać. Mamy iść za głosem Boga. A On załatwi resztę. Co wcale nie znaczy, że będzie łatwo, niestety…

Bóg się nami opiekuje

Jak zauważa autor, dziecku nie przychodzi do głowy, żeby prosić rano tatę (lub mamę) o to, by się nim cały dzień opiekował. Ono i tak wie, że rodzic będzie to robił. To oczywiste i nie trzeba o to prosić. Mówienie Bogu, co ma robić, co jest dla nas dobre, nie jest naszym zdaniem – On wie to lepiej od nas. My mamy tylko starać się jak najlepiej przeżywać nasze życie. Takie, jakim jest. Cierpliwie nosić krzyże. I kochać. Przede wszystkim kochać. Boga i bliźnich. A szczególnie tych, którzy najmocniej nas skrzywdzili. Wszystko inne załatwi On.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki Marcina Jakimowicza „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Kraków 2018.


Jeśli interesuje cię temat modlitwy, zachęcam cię do przejrzenia również wpisu dotyczącego książki „Jutro ma na imię Bóg”

Miłość za murami Auschwitz

Miłość. Obóz zagłady. Obrotny żyd. I – co najlepsze – to wszystko prawdziwa historia.

Jak to się zaczęło?

Lektura książki „Tatuażysta z Auschwitz” Heather Morris jest efektem przypadkowej wizyty w księgarni. Szłam na zajęcia, miałam jeszcze czas, mijałam księgarnię. Skusiło mnie. Weszłam. Wśród książek na półkach rzuciła mi się w oczy właśnie ta. Kupiłam. Przeczytałam jednym tchem. Tak można tę historię streścić.

Książka jest oparta na faktach. Pewien stary mężczyzna, po śmierci ukochanej, postanowił opowiedzieć historię swojej miłości. Miłości niezwykłej i trudnej, bo narodzonej w świecie śmierci – za murami Auschwitz.

Kim jest on?

Bohaterem książki jest młody Żyd – Lale. Mężczyzna – jak wielu Żydów – cwany i obrotny. Udaje mu się wkręcić na intratne stanowisko – tatuuje numery na ramionach przybywających do obozu więźniów, mężczyzn i kobiet. Nie jest to łatwe zajęcie, wymaga nie tylko zadawania i tak już wymęczonym więźniom dodatkowego bólu, ale też ciągłych kontaktów z Niemcami. A takie kontakty to ryzyko.

A kim ona?

Gita pojawia się w życiu Lalego jako podsunięte do tatuowania ramię.

„Kiedy kończy, przez moment trzyma ramię dziewczyny w dłoni i spogląda na nią. Zmusza się do nieśmiałego uśmiechu. Ona odpowiada jeszcze bardziej nieśmiało, ale oczy jej błyszczą. Kiedy Lale w nie zagląda, czuje, jak serce zatrzymuje mu się na chwilę, po czym zaczyna bić mocno, jakby po raz pierwszy w życiu, niemal wyrywając mu się z piersi. Z trudem odrywa wzrok od jej oczu i wbija go w ziemię.” (s. 10).

Lale nie wie o dziewczynie nic. Nie zna jej imienia, nie wie, do którego bloku trafiła. Wie tylko, że spotkał miłość swojego życia. I zaczyna jej szukać.

Jak okazać miłość, gdy nie masz nic?

Jak to zwykle bywa, miłość do Gity popycha Lalego do działania, które przynosi mu sukces – nie tylko w miłości, ale i w obozowym życiu. Zaczyna się od marzenia, by ukochanej dziewczynie przynieść kawałek luksusu – kostkę czekolady. Jak ją zdobyć, gdy nawet o chleb jest ciężko? Jak przekupić kapo i zdobyć czas, który można spędzić z ukochaną? Jak uchronić ją przed śmiercią i cierpieniem?

Co dalej?

Nie zdradzę Wam, co Lale zrobił, by wygrać swoją miłość. Dość wspomnieć, że miał w tym udział pewien Niemiec, kliku Polaków i wielu, wielu więźniów. Co się działo? Przeczytajcie sami.

Książka jest pisana w spokojnym, delikatnym stylu. Nie ma w niej drastycznych opisów, choć wspominane jest bestialstwo i tragedie obozowego życia. Narracja prowadzona jest jednak jakby trochę z dystansu – być może dlatego, że książki nie pisał Lale, a kobieta, która wysłuchała jego historii. No i głównym tematem książki nie jest zagłada, ale miłość. Miłość, która umie przebić sobie drogę nawet tam, gdzie króluje śmierć.

Nie tylko miłość

Oprócz wątku miłości dwojga ludzi, w książce pojawia się wiele równie ciekawych wątków – przyjaźni, także tych jednostronnych, relacji, które nie miałyby szansy powstać, gdyby nie obóz. Wątkiem, który był dla mnie istotny jest np. „przyjaźń” Lalego z jednym z Niemców. W cudzysłowie, bo jest to przyjaźń dziwna, trochę jednostronna, taka ni to przyjaźń, ni to biznesowa relacja – bardzo autentyczna w swojej wymowie, i jakże często spotykana również współcześnie.

W moim odczuciu książka naprawdę warta jest przeczytania. Nie brakuje w niej sytuacji dramatycznych, jak ciężka choroba Gity, ale akcja dzieje się spokojnie, kładzie nacisk przede wszystkim na psychologię człowieka. Pokazuje, że w obozach, oprócz okrucieństw, było też po prostu zwyczajne życie. Byli zwyczajni ludzie – i po jednej, i po drugiej stronie. Nie tylko wielcy bohaterowie i wielcy zbrodniarze, ale też zwykli, szarzy, wrażliwi ludzie, którzy chcieli po prostu żyć, kochać, przetrwać jakoś ten zły czas i wrócić do normalności. I niektórym się udało. Tak jak Lalemu.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki H. Morris „Tatuażysta z Auschwitz”. Warszawa 2018.

Z ciekawszych tekstów dotyczących książki polecam wywiad z autorką książki, inny wywiad można znaleźć też na stronie Interii.

Czasem, jak w opisanej książce, piękna miłość musi przetrwać straszne warunki. A czasem to właśnie „miłość” (tak, taka w cudzysłowie) stwarza straszne warunki. O takiej miłości mówi książka Teresy Ewy Opoki „Żona psychopaty”.

Cukier krzepi?

Nie będę ukrywać, że po książkę „Słodziutki. Biografia cukru” Dariusza Kortko i Judyty Watoły sięgnęłam, aby zniechęcić się choć trochę do słodyczy. Książka jest świetna – co muszę przyznać – ale założonego przeze mnie celu niestety nie spełniła. Napiszę o niej jednak, bo zrobiła na mnie spore wrażenie.

Czemu cukier jest zły?

Jest świetnie napisana – wciąga. Momentami budzi niepokój. Ale nie na tyle, niestety, żeby skłonić mnie do rezygnacji ze słodyczy. Choć kiedy zaczynałam czytać, byłam pewna, że taki skutek przyniesie – najbardziej zniechęcające do cukru słowa znajdziemy na 10 stronie książki:

„Ale nadmiar cukru nam nie służy. Kiedy komórka nie chce już więcej glukozy, zamyka jej dostęp do środka, a cukier wędruje wraz z krwią po całym organizmie i sieje zniszczenie. Zatyka naczynia krwionośne. Zmiany najpierw widać w stopach, które tracą normalny kształt. Przedziwnie «rozczłapane» nie mieszczą się do żadnego buta. Otwierają się rany, które nie chcą się goić, w końcu trzeba amputować palce, stopy, a nawet całe nogi.” (s. 10).

To nie jedyne negatywne konsekwencje nadużywania cukru.

„[…] jego skóra stała się sucha i pomarszczona, bo cząsteczki cukru przenikają do białek, zwłaszcza kolagenu i elastyny, które są podstawowymi budulcami skóry. Kiedy cukier wiąże się z tymi białkami, tracą one swoją elastyczność, a skóra jędrność.” (s. 11, 13).

Cukier powoduje też na dłuższą metę spadek sprawności umysłowej. No i to, o czym właściwie wiemy już wszyscy. Cukier uzależnia. Bardzo. Ponoć bardziej niż narkotyki – pobudza te same ośrodki przyjemności co nikotyna, kokaina i seks. Tylko o ile uzależnienie od tych substancji – może poza seksem – jest odbierane negatywnie, jako nałóg, o tyle uzależnienie od cukru przemyka się gdzieś niezauważone przez społeczeństwo. Przynajmniej dopóki uzależniony delikwent mieści się w drzwiach.

Historia cukru

Książka opowiada historię cukru, od czasu jego odkrycia po czasy współczesne. Nie jest to opowieść prowadzona chronologicznie, ale mimo to – bardzo ciekawa, choć do tej pory niejasna jest dla mnie wstawka na temat odkrycia Ameryki przez Kolumba, jako że temat cukru nie jest w niej poruszony. Dużo, dużo później wspomniana jest ponownie w kontekście czekolady – i tam ma większy sens.

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa

Ludzie nie zdawali sobie sprawy ze szkodliwości cukru bardzo długo. Bywał traktowany jako lekarstwo, a nawet dodawano go do proszku używanego do czyszczenia zębów! Książka została napisana przez Polaków, więc uwzględnia też historię cukru w Polsce. Nie będę Wam zdradzać wszystkich ciekawostek – przeczytajcie sami 🙂 Ja wspomnę tylko o tym, co pamięta większość tych, którzy urodzili się jeszcze w czasach PRL-u. Wmawiano nam wtedy, że

„cukier to nie przyprawa dla smaku, ale pokarm o wielkiej wartości odżywczej” (s. 163).

a także (to już brzmi przerażająco), że

„ograniczenie cukru w pożywieniu niemowlęcia może pociągnąć za sobą nieobliczalne skutki” (s. 163),

Tak, niemowlęta karmiono cukrem dodawanym w olbrzymich ilościach do odżywek. Zachęcano też ludzi pracujących umysłowo do jak największego spożycia cukru, który miał ponoć wzmacniać nerwy i dawać jasność myśli. Jako ciekawostkę dodam Wam też, że w tamtym czasie sacharyna była nielegalna, a za jej przemyt groziły wysokie kary.

Nie ma to jak zwalić winę na kogo innego

Winą za wszelkie związane z cukrem choroby obarczono tłuszcz i cholesterol. Miało to przyczyny polityczno-gospodarcze. Opinie naukowców, którzy mieli inne zdanie, były wyciszane i bagatelizowane. Głoszono, że „cukier krzepi”. Dziś wiemy już, jak to jest z tym „krzepieniem” – może więc warto też przemyśleć, czy faktycznie problemy z cholesterolem mają taką wielką wagę, jaką się im przypisuje? Nie jestem lekarzem, ale moja mama przez pewien czas przyjmowała leki na cholesterol. Lekarz orzekł, że musi. W tym czasie miała zaburzenia równowagi, bardzo złe samopoczucie i inne negatywne objawy. Kiedy patrzę na jej zdjęcia z tamtego okresu, widzę, że wygląda na starszą niż w tej chwili (a trochę lat już minęło). W końcu – odstawiła leki. Żyje, dobrze się miewa, zarówno fizycznie, jak i umysłowo. Więc może z tym cholesterolem to też jakaś ściema? No ale to dygresja, wróćmy do tematu cukru.

W 1974 roku Agencja Żywności i Leków ogłosiła, że cukier nie jest w żaden sposób szkodliwy,

„nie wywołuje cukrzycy, raka ani nie jest powodem chorób serca.” (s. 244).

Tymczasem nagonka na tłuszcz i cholesterol trwa, promowane są produkty odtłuszczone – a żeby były smaczne, dodaje się do nich jeszcze więcej cukru. Do dziś jemy go znacznie więcej niż powinniśmy – wg. Światowej Organizacji Zdrowia nie powinniśmy przekraczać pięciu łyżeczek dziennie, tymczasem w Europie spożywa się ich średnio 17, a w Ameryce – jeszcze więcej. Najwięcej cukru spożywają nastolatki – wg. autorów jest to od 30 do 41 łyżeczek dziennie!

Jestem głodny – daj cukru!

Cukier wywołuje odporność na leptynę – hormon, który mówi nam, że jesteśmy najedzeni i powinniśmy przestać jeść. W książce opisano też sposób, w jaki poszczególne rodzaje cukru są metabolizowane w organizmie. I przyznam, że tu był jeden jedyny moment, kiedy zaczęłam wątpić w to, czy autorzy aby na pewno piszą prawdę. Budzący moje wątpliwości cytat brzmi tak:

„Z glukozą nie ma kłopotów. Nasze wątroby dobrze ją znają. Jeśli zjemy 120 kalorii w czystej glukozie, czyli dwie kromki białego chleba, 76 kalorii z tej puli niemal od razu zużyją organy naszego ciała, bo każda komórka potrzebuje energii. Tylko 24 kalorie trafią do wątroby, która zamieni je na glikogen – substancję, która pełni rolę zapasowego paliwa. […] Co się stanie, jeśli te 120 kalorii zjemy w postaci fruktozy? Nasz organizm nie zna jej dobrze, nie nauczył się z nią jeszcze postępować. Nie potrafi przerobić tego rodzaju cukru na czystą energię. Fruktoza niemal w całości trafi do wątroby, która przerobi ją na glikogen. Nic złego by się nie stało, gdyby fruktozy było mało, ale wystarczy wypić szklankę soku, by dosłownie zalać wątrobę fruktozą. Przeciążona, zaczyna szybko zamieniać nadmiar glikogenu w tłuszcz. Będzie to robiła bez opamiętania, gdy dostarczymy jej kolejne porcje fruktozy wraz ze słodzonym jogurtem, gazowanym napojem, batonikiem, dosłodzoną sałatką.” (s. 265-266).

Co mi w tym nie gra? Ano – fruktoza jest też w owocach (wg. autorów – w stosunku 50 na 50 z glukozą). I z powyższego zdania wynika, jakoby chleb był mniej tuczący od owoców. Z drugiej strony, żeby zjeść 120 kalorii fruktozy należałoby zjeść 5 jabłek (zakładając podane proporcje), co raczej nie jest częstą praktyką i prowadzi do bólu brzucha, więc może jakiś sens to ma?

W każdym razie – zajadając się słodyczami gdy nie jesteśmy głodni, uczymy nasz organizm nie reagować na sygnały wysyłane przez leptynę. W efekcie czujemy się głodni cały czas… i tyjemy.

Kiedy złe już się stało…

Książka, oprócz tematu cukru, podejmuje też temat cukrzycy i opisuje sposoby, jakimi była kiedyś leczona. A są to sposoby początkowo drastyczne, polegające np. na ograniczeniu ilości spożywanych kalorii do 400. Jak się możecie domyślać, długo tacy pacjenci nie żyli. A potem wynaleziono insulinę. Czy raczej – odkryto ją i nauczono się syntetyzować. Jej historia też jest bardzo ciekawa.

Na cukrzycę choruje coraz więcej osób. Na szczęście jest lekarstwo! Przynajmniej w niektórych przypadkach cukrzycy typu drugiego.

„Najlepszym lekarstwem jest ruch, który w cukrzycy typu 2 może nawet cofnąć objawy choroby. Glukoza spala się wtedy bez insuliny, z organizmu znika nadmiar wolnych kwasów tłuszczowych. Receptory na ścianach komórek same się odblokowują i wszystko wraca do normy.” (s. 320).

Na samym końcu książki znajdziemy jeszcze informacje dotyczące etymologii (pochodzenia) słów związanych z cukrem i cukrzycą.

Jak wygrać z cukrem?

Jakie więc wnioski? Co robić, żeby poradzić sobie z cukrem? Ruszać się. Wolniej jeść i dłużej przeżuwać, bo wtedy wydziela się więcej hormonów hamujących głód. Pić wino, które ponoć obniża cukier. No i najważniejsze – jeść go jak najmniej. Co jest trudne, bo tak bardzo go lubimy, a dodatkowo dodawany jest do wszystkiego – nawet do uznawanych za zdrowe jogurtów.

Książka nie zniechęciła mnie do cukru, ale z pewnością dała do myślenia. Warto ją przeczytać.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki D. Kortko, J. Watoła „Słodziutki. Biografia cukru”. Warszawa 2018.

Niezwykła wrażliwość

Książkę Elaine N. Aron „Wysoko wrażliwi” przeczytałam już dawno, nie miałam jednak czasu o niej napisać. Jest to rodzaj poradnika dla osób wrażliwych, jednak tym, co zaciekawiło mnie w niej najbardziej, są wątki pokazujące biologiczne podstawy wrażliwości.

Wrażliwość jest uwarunkowana biologicznie

Wrażliwość jest cechą bardzo ogólną, bardzo różnie rozumianą i bardzo różnie się przejawiającą. Jak już wspomniałam, jest do pewnego stopnia uwarunkowana biologicznie.

„Okazuje się, że u wspomnianych małp zaobserwowano genetycznie uwarunkowane obniżenie ogólnego poziomu serotoniny, który dodatkowo spadał pod wpływem stresu. Wysoko wrażliwe osoby mają ten sam wariant genetyczny. […] Nowsze badania pokazują, że wariant genetyczny, który sprawia, że w mózgu dostępna jest mniejsza ilość serotoniny, niesie ze sobą także określone korzyści, takie jak lepsze niż u innych przechowywanie w pamięci wyuczonego materiału, sprawniejszy proces podejmowania decyzji, lepsze ogólne funkcjonowanie umysłowe, a ponadto jeszcze większe umacnianie swego zdrowia psychicznego przez dobre doświadczenia życiowe.” (s. 23-24).

Wrażliwość a podatność na czynniki środowiska

W praktyce ludzie wrażliwi są jednocześnie bardziej podatni na wpływy środowiska – i te pozytywne, i te negatywne. Są uważniejsi, ale potrzebują momentów zatrzymania, które pozwalają na uważną obserwację i przetworzenie tych obserwacji przed podjęciem działania. Nie zawsze jednak oznacza to, że taka osoba działa wolniej – ponieważ jest wyczulona na wzorce, łatwiej dostrzega podobieństwo nowych sytuacji do tych z przeszłości, co z kolei pozwala w niektórych sytuacjach na podjęcie decyzji i zareagowanie szybciej niż inni, poprzez wykorzystanie znanego już i przemyślanego mechanizmu działania (por. s. 24-25). Często wiąże się to również z wyczuloną – chociaż nie niezawodną – intuicją.

Wady wrażliwości

Wydawałoby się więc, że wrażliwość niesie ze sobą same zalety. Ma jednak i wady, co wiem z własnego doświadczenia – bardzo łatwo jest takiej osobie wpaść w pułapkę reakcji odruchowej, działającej poza świadomością, na zasadzie wyzwalacz-reakcja. W moim przypadku oznacza to, że jeśli w przeszłości nauczyłam się, że jakaś sytuacja jest niebezpieczna albo prowadzi do zranienia, to nawet jeśli wiem, że obecnie takie sytuacje w żaden sposób mi nie zarażają, czy nawet są wręcz pozytywne – odruchowa reakcja obronna często będzie działała wbrew mojej woli, zanim pomyślę, i ciężko mi będzie się z takiej reakcji wyzwolić.

„Ponadto jeśli przeszłe doświadczenie było bardzo złe, osoba wysoko wrażliwa może rozciągnąć je na zbyt wiele przypadków, unikając lub bojąc się różnych sytuacji tylko dlatego, że w jakimś nieznacznym stopniu przypominają przeszłe.” (s. 27)

Przestymulowanie

Osoby wrażliwe, jako że ich mózgi odbierają i przetwarzają większą ilość bodźców, łatwo ulegają przestymulowaniu. Dlatego trudne mogą być dla nich wyjścia na głośne imprezy czy w ogóle zbyt częste wyjścia, mogą potrzebować dnia przerwy szybciej niż inni, a także więcej czasu dla siebie, spędzanego wyłącznie z najbliższymi czy wręcz w samotności. Brak takiego czasu na regenerację nie tłumi wrażliwości, a wręcz ją wyostrza. Wzrasta wówczas poziom kortyzolu, który powoduje zwiększoną reaktywność przeciążonej jednostki (por. s. 96).

„Znaczy to, że długoterminowe pobudzenie czyni nas jeszcze bardziej pobudliwymi i wyczulonymi niż przedtem” (s. 96)

To też znam z własnego doświadczenia – jeśli chodzę na zbyt wiele zajęć, zbyt wiele dni w tygodniu wracam do domu na tyle późno, że pozostaje tylko położyć się spać, robię się nerwowa i ciężko się ze mną dogadać. Tak jest właśnie teraz. Od początku stycznia chodzę na zajęcia z improwizacji, które odbywają się w niedziele. Bardzo je lubię, rozwijają mnie i dają radość, ale jednocześnie – ze względu na dojazdy – zabierają połowę niedzieli. I choć żal mi zajęć, wiem, że na kolejny cykl, który rusza z początkiem marca, już się nie zapiszę. Bo po prostu nie dam rady. Na szczęście są jeszcze zajęcia środowe, na które od dawna chodzę i zamierzam chodzić nadal.

Zrozumieć siebie

Podsumowując – wrażliwość jest i zaletą, i wadą, jak wszystkie prawie cechy, jakie można mieć. I sztuką jest to, by swoją wrażliwość zrozumieć, znać swoje ograniczenia, ale i wiedzieć, jak można ją w pozytywny sposób wykorzystać. Książka Elaine N. Aron na pewno pomaga w dostrzeżeniu w sobie pewnych tendencji i zdecydowanie jest warta przeczytania.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki Elaine N. Aron „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza”. Łódź 2017.

Psychopaci są wśród nas

Tym razem dla odmiany napiszę wam coś o książce beletrystycznej. A mianowicie o powieści Teresy Ewy Opoki „Żona psychopaty”.

Książka nie ma porywającej fabuły ani nie napisano jej szczególnie pięknym językiem. Akcja dzieje się w czasach PRL-u – i widać, że autorka faktycznie żyła w tamtych czasach, bo opisane realia są świetnie przedstawione, przynajmniej na tyle, na ile jestem w stanie ocenić (z PRL-u pamiętam głównie kolejkę po parówki). Przy okazji lektury – po dyskusji z mamą – dowiedziałam się, że w czasach PRL-u istniał już Empik, co było dla mnie pewnym szokiem. Ale nie świetnie przedstawione realia stanowią o wartości tej książki, a psychologia postaci.

Bajka o wielkiej miłości

Majka, studentka geografii, poznaje miłość swojego życia. Edward wydaje się spełnieniem jej marzeń – imponuje jej wiedzą, traktuje jak księżniczkę.

„To cudowne, być tak kochaną, uwielbioną, stać się dla kogoś tę jedną, jedyną. Czuje się przy nim jak wyjątkowa istota, której on pragnie jedynie usługiwać. Szkoda zmarnować tak wielką i piękną miłość. Więc w którymś momencie jej serce robi ten niezbędny obrót o kilka stopni. Pokochała nie samego Edwarda. Zakochała się w jego miłości” (s. 13).

Dalej… cóż, dalej jest życie. Majka zachodzi w ciążę, biorą ślub i… bajka się kończy. „Książę” coraz częściej ma dla niej poniżające słowa zamiast czułości, coraz częściej krzyczy o byle co. Ale tylko wtedy, kiedy są sami. Przy innych ludziach niemalże nosi żonę na rękach, wielbi ją i zachowuje się jak wzorowy mąż i ojciec. Więc Majka z nikim nie dzieli się swoimi problemami, które zresztą początkowo wydają jej się naturalną konsekwencją małżeństwa.

„[…] a jeśli on nie ma wstydu, ona musi się wstydzić za niego.
Wymyśliła wreszcie, że powinna ten incydent ukryć przed światem w najodleglejszym zakamarku mózgu. Otoczy go wysokim murem, zasiekami, zasypie, żeby nic się nie przedostało na zewnątrz, nie zatruło dobrych ludzi. […]
Edward nigdy nie wspomniał o tym koszmarnym wydarzeniu ani nie przeprosił, bo musiałby wrócić do tego incydentu i zapewne wstydził się tak bardzo, że przerastało to jego siły. […]
Udawała więc, że nic się nie stało. Ćwiczyła się w udawaniu” (s. 37-38).

Nie będę wam opowiadała, co było dalej. Jeśli chcecie wiedzieć, przeczytajcie książkę. Powiem wam natomiast, co mnie poruszyło.

Stopniowe znieczulanie

Gdyby Edward od samego początku był dla Majki okrutny, nigdy by się z nim nie związała. Albo po prostu by uciekła. Nie, żeby drugi człowiek pozwolił się poniżać, źle traktować, żeby o tym nie mówił, trzeba go najpierw znieczulić. Znieczulić stopniowo narastającym złem. Bo tak już jesteśmy stworzeni, że przyzwyczajamy się do wszystkiego. Także do poniżania, okrucieństwa.

To trochę tak jak z żabą. Wrzucona do garnka z wrzątkiem – wyskoczy. Ale jeśli wrzucimy ją do letniej wody, którą będziemy stopniowo podgrzewać, ugotuje się żywcem. Zło, dyskomfort, ból, narastające stopniowo, stopniowo nas znieczulają.

Przez pryzmat własnych uczuć

Dodatkowo Majka, jak każdy z nas, stara się szukać uzasadnienia, interpretuje zachowania męża przez pryzmat własnych odczuć, własnego sposobu myślenia. Przypisuje mu emocje i uczucia, które sama by miała na jego miejscu. Problem w tym, że psychopata nie ma uczuć.

„Psychopata nie jest zdolny do uczuć wyższych. Nie jest zdolny do miłości, empatii, nie odczuwa wyrzutów sumienia. Największą przyjemność sprawia mu dręczenie psychiczne drugiego człowieka. Nie potrafi odróżnić dobra od zła” (s. 262).

Wbrew pozorom, brak uczuć nie jest dla takiej osoby czymś strasznym. Patrzy ona na innych tak, jak okrutne dziecko na dźganego kijkiem żuka. Machnie nóżką czy nie machnie? O, a jak podpalę mu ogonek to co będzie? Inni ludzie nie są dla psychopaty ludźmi, a zabawkami. Istotami niższymi.

Okrucieństwo a psychopata

A jednak nie każdy psychopata jest okrutny. Niektórzy kryją się ze swoim brakiem uczuć bardzo umiejętnie, bo od dziecka nauczyli się, że to się opłaca. Nie każdy psychopata ma w sobie chęć zabawy drugim człowiekiem. Niektórzy idą przez ten świat niezauważeni przez nikogo, są dobrymi, choć trochę egoistycznymi ludźmi. Kierują się rozumem i czasem może nawet nie wiedzą, że czegoś im brak.

Nie każdy okrutnik jest psychopatą, to też należy podkreślić. Czasem człowiek, który czuje nieopanowany ból, może być znacznie gorszy niż ten, który nie czuje niczego. Czasem są tacy, którzy usiłują mścić się za swoje trudne uczucia na innych, i wcale nie są lepsi od psychopatów.

Wracając jednak do książki, Edward świetnie się kryje ze swoimi sadystycznymi skłonnościami. Przy osobach trzecich jest człowiekiem tak dobrym, że do rany przyłóż. Dopiero bez świadków wychodzi z niego diabeł.

„Kto by pomyślał, obserwując tego starszego pana, tak troskliwie opiekującego się wnukiem, że to psychopata, myśli Majka patrząc, jak Edward wstawia talerze do zmywarki” (s. 254).
„Jak ktoś obcy mógłby uwierzyć, że ten człowiek jest potworem, myśli, skoro mnie samej nie mieści się to w głowie, gdy teraz na niego patrzę, kiedy z nim rozmawiam” (s. 280).

Ofiara psychopaty

Książka tak naprawdę nie mówi o psychopacie. Mówi przede wszystkim o kobiecie. Młodej, naiwnej, nie znającej życia i świata. Kobiecie, która – dręczona, prześladowana, traktowana jak śmieć – latami dojrzewa do tego, by odważyć się odejść. Bo to niełatwe. Ból jest straszny, poniżenie jest straszne, ale jednak w tyle głowy wciąż tkwi myśl, że kto w to wszystko uwierzy? A poza tym zawsze znajdzie się powód żeby zostać. Bo dzieci. Bo rodzice. Bo choroba. Bo nowa praca. Bo to niedobry moment. A moment zawsze będzie niedobry – dopóki człowiek nie dojrzeje do podjęcia decyzji. Dopóki ból tkwienia w czymś nie będzie silniejszy niż lęk przed zmianą.

Wbrew pozorom, w tak trudnej i bolesnej sytuacji człowiek dorasta, dojrzewa, uczy się siebie. Zadaje sobie pytania, których inaczej może nigdy by sobie nie zadał. Bo nie jest ważne, w jakiej sytuacji jesteś, co jest Twoim krzyżem. Ważne jest to, co z tym krzyżem zrobisz. I co zrobisz ze sobą.

Odchodzenie nie jest łatwe, szczególnie że psychopata nie wypuszcza łatwo swojej ofiary. Kiedy czuje, że ją traci, zaczyna być tak miły i słodki, jak był na początku, na etapie wabienia. Albo grozi – nawet i śmiercią. Potrafi wykorzystywać osoby trzecie. Zrobi wszystko, by ofiara nie odeszła. Ale biada jej, jeśli zaryzykuje i zostanie.

A jeśli odejdzie?

„Uświadomiła sobie, że są dwa szczęścia na tym świecie: gdy ktoś jest przy tobie i gdy już kogoś przy tobie nie ma” (s. 274).
„Odkąd się wyprowadził, wyparowała z niej nienawiść, widocznie musiała zrobić miejsce na szczęście. Ale Majka wciąż czuła coś do niego. Coś na kształt wdzięczności, że już go nie ma. I że jej jednak nie zabił, jak obiecywał tyle razy. Była zadowolona, że żyje. Życie to jest coś. Usiłowała dogonić stracony czas” (s. 275).

Książka świetnie pokazuje wszystkie etapy, przez które przechodzi ofiara psychopaty, czy innej przemocy, której źródłem jest drugi człowiek. Oczarowanie, wypieranie faktów, znieczulanie, dojrzewanie do odejścia, odejście i wreszcie – całkowite uwolnienie, które może przyjść nawet w wiele lat po wyzwoleniu się spod władzy prześladowcy. Majka jest do bólu prawdziwa.

Czy każda ofiara psychopaty jest taka sama?

Oprócz Majki w książce pojawiają się jeszcze dwie inne, skonfrontowane z psychopatą kobiety. Jedna, jak Majka, nie potrafi z nim żyć, ma jednak więcej sił i wcześniej podejmuje jedyną możliwą decyzję – o odejściu. Druga jest jej przeciwieństwem. Kobietą, która umie z psychopatą wygrać. Bo się go nie boi. Bo umie być stanowcza, wie, co zrobić, by mieć nad nim władzę. Nie opisano jej dokładnie, miga tylko gdzieś w tle, ale pokazuje drugą drogę, trudną, ale również możliwą. Bo jest jeden sposób, żeby z psychopatą – czy każdym innym prześladowcą – wygrać. Trzeba być od niego silniejszą. Po prostu.

Nie zamykać oczu

Jaką naukę można wyciągnąć z książki? Jeśli coś jest zbyt idealne, by być prawdziwe, to – niestety – zwykle nie jest prawdziwe. I jeszcze, że nie warto zamykać oczu na drobiazgi. Bo one wrócą, powiększone, wyolbrzymione. Więc zanim zamkniesz na nie oczy, zastanów się, czy potrafisz z nimi żyć. Mądre przysłowie mówi, że jeśli coś się zdarzyło raz, może nie zdarzyć się nigdy więcej, ale jeśli zdarzyło się dwa razy, to pewnie zdarzy się i trzeci.

I wreszcie to, co najważniejsze. Nieważne, co ktoś próbuje z Tobą zrobić, jak bardzo Cię krzywdzi czy miesza z błotem. Nie daj się. Dopóki nie pozwolisz, by Twoje poczucie własnej wartości zmieszać z błotem, dopóki walczysz, dopóki protestujesz, wykorzystując wszelkie dostępne środki – to Ty jesteś górą. Tylko że czasem nie warto. Czasem lepiej po prostu odejść. I mieć spokój.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki Teresy Ewy Opoki „Żona psychopaty”. Warszawa 2013.

Przestań wreszcie…

Tym razem w moje łapki wpadła książka Peg Streep i Alana B. Bernsteina „Daruj sobie. Przewodnik dla tych, którzy nie potrafią przestać”.

Dziwny temat, prawda? Większość z nas ma raczej problem z tym, żeby zacząć niż żeby przestać. A jednak… okazuje się, że niekoniecznie.

Zacząć trudno, zrezygnować jeszcze trudniej

Niełatwo mi przychodzi zabrać się za robotę – przyznaję się. Ile razy łapię się na tym, że zamiast robić coś, czym powinnam się zająć, szperam po internecie albo mówię sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział książki… a potem jeszcze jeden… i przecież miałam się zająć pieskami. A, i posprzątać… A potem okazuje się, że już najwyższa pora spać, przecież nie będę zarywać nocy, bo rano do pracy. Taaak, zaczynanie nie jest łatwe.

Ale powiem Wam coś w tajemnicy – przestawanie jest jeszcze gorsze. Och, oczywiście nie chodzi o zwyczajne przestawanie. Chodzi o rezygnowanie z rzeczy, które kiedyś były ważne, potrzebne albo chciane, a teraz przestały takie być, przestały przynosić satysfakcję albo wręcz zaczęły krzywdzić. A czasem także o rezygnowanie z tego, co narzucił mi ktoś inny, po czym stało się to moim nawykiem.

Rutyna uzależnia

Lubię rutynę. Oczywiście nie chciałabym, żeby mój każdy dzień wyglądał dokładnie tak samo, chcę się rozwijać, dowiadywać nowych rzeczy, odkrywać. Potrzebuję zmian, bo bez zmian nie ma rozwoju. Ale wśród tych zmian pewien stopień rutyny, pewna powtarzalność uspokaja mnie, daje poczucie bezpieczeństwa. Takie drobiazgi, jak siadanie zawsze na tym samym krześle (nie macie pojęcia ile razy kłóciłam się z mamą o to, że znowu przestawiła stół). Albo kładzenie rzeczy zawsze w tym samym miejscu. Czy wracanie w te same, dobrze znane miejsca.

To wszystko jest dobre, problem pojawia się, kiedy muszę tę rutynę zmienić. Kiedy muszę z czegoś zrezygnować – z czegoś, co się już wyczerpało, przestało dawać satysfakcję albo nawet zaczęło ranić. Nie zawsze potrafię to zrobić, nie zawsze potrafię odejść na czas. Wręcz bardzo rzadko mi się to zdarza, i w efekcie często potrzebuję zostać skądś wykopana, a i to nie zawsze pomaga.

Innymi słowy – mam problem z odangażowaniem się. I o tym właśnie mówi przeczytana właśnie przeze mnie książka.

Pułapka wytrwałości

Od dziecka rodzice i szkoła uczą nas wytrwałości. Tłumaczą, że potrzeba dużo pracy i cierpliwości, żeby coś osiągnąć. Że jak się nie udało, trzeba próbować jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. I tak walczymy, ze sobą i ze światem, cierpliwie brnąc do przodu, w pogoni za swoimi celami. Tak uparcie i cierpliwie, że czasem zapominamy sprawdzić, czy te cele nadal są ważne. Czy na pewno są nasze – a nie naszych rodziców, przyjaciół. Czy na pewno z tych celów nie wyrośliśmy.

„W rezultacie często pozostajemy w relacjach i sytuacjach, których termin ważności już dawno minął, nawet wtedy, gdy dla reszty świata jest oczywiste, że mamy nikłe szanse powodzenia. Wiara w wytrwałość skłania nas do przeformułowania tego, co w rzeczywistości jest pudłem, w prawie wygraną. (s. 22)

Prawie wygrana jest poczuciem, że nasz cel jest na wyciągnięcie ręki. Że tym razem jeszcze się nie udało, ale już zaraz, za chwilę, następnym razem… To poczucie jest jedną z tych rzeczy, które najmocniej przywiązują nas do naszych nieaktualnych już celów. Prawie wygrana w połączeniu z efektem utopionych kosztów – czyli poczuciem, że przecież tyle już w tę rzecz włożyliśmy czasu, energii, pracy…

Nieregularne wzmocnienia a koszta zmiany

Ostatnią przeszkodą w rezygnowaniu z różnych rzeczy są nieregularne wzmocnienia. Jeśli coś się nam raz na jakiś czas udaje, mamy tendencję do łudzenia się, że warto dalej w to brnąć. Oczywiście to jest dobry efekt, dopóki faktycznie czegoś się uczymy, a porażki stają się coraz rzadsze. Tylko że nieregularne sukcesy powodują, że przestajemy zauważać, że nie robimy postępu, że właściwie to może nawet sukcesy stają się coraz rzadsze albo zupełnie ustały. Złapani w wir nadziei, że może tym razem znów się uda, brniemy dalej i dalej, powtarzając nieefektywnie działania.

Bo zmiana kosztuje. Rezygnacja kosztuje. Choćby samo to, że musimy zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, przyjrzeć się rezultatom naszych działań. Zastanowić, czy nadal nam na danej rzeczy zależy i czy wciąż mamy realne szanse, by ten cel osiągnąć.

Typy przywiązania

Każdy z nas jest inny, i dotyczy to również kwestii odangażowania się. Są tacy, którym jest łatwiej i tacy, którym trudniej. A wynika to w dużej mierze z naszego dzieciństwa, z tego, jak byliśmy wychowywani. W szczególności dotyczy to rezygnowania z relacji międzyludzkich.

Istnieją trzy typy przywiązania: bezpieczne, unikające i lękowo-ambiwalentne.

„Ludzie z nastawieniem lękowym/ambiwalentnym mają szczególny problem. Mimo skłonności do skupiania się na porażce pragną również sukcesu. […] Tacy ludzie mają bardzo duże trudności z przestawaniem, zwłaszcza w relacjach. Są zaaferowani relacjami, cierpią z powodu wzlotów i upadków w uczuciach i niezależnie od sytuacji nie potrafią odejść. Ludzie z przywiązaniem unikającym – jak sama nazwa wskazuje – boją się bliskości, a nade wszystko cierpią na niezdolność do zaangażowania się. […]
Osoby przywiązane lękowo stosują strategie, które zwykle pogarszają skutki stresujących zdarzeń, zamiast je łagodzić; ruminują, a przez skupienie się na negatywnych emocjach jeszcze głębiej się w nie wikłają. To samo dzieje się na poziomie poznawczym, kiedy nieskutecznie próbują stłumić natrętne myśli. Ludzie z przywiązaniem unikającym świadomie dystansują się od stresu – reagują na zagrożenia zawyżeniem pozytywnej samooceny – ale odcinają się również emocjonalnie. Uzbroiwszy się w ten sposób, tracą jednocześnie dostęp do tych wszystkich pozytywnych uczuć i więzi, które w istocie mogłyby pomóc im poradzić sobie. (s. 105)

Takim ludziom najtrudniej jest przestać, odejść, zrezygnować. Czy jesteś jednym z nich? Ja niestety tak…

Skąd wiadomo, że pora zrezygnować?

Jak więc znaleźć złoty środek? Jak zdecydować, czy warto w jakąś sprawę dalej brnąć, czy też należy wycofać się i znaleźć sobie inny cel? Przede wszystkim zatrzymać się. Zatrzymywać się raz na jakiś czas i przyglądać się temu, czy nasz cel nadal jest dla nas tym, co chcemy zdobyć, czy tylko pięknym marzeniem z przeszłości, marzeniem, na którym już nam właściwie nie zależy.

„Alternatywą dla przestawania jest nieustępliwa determinacja, by jechać na tym koniu tam, dokąd podróż będzie najowocniejsza. Trwać w tym dążeniu, chyba że a) dotrze się tam, b) podróż tam przestanie być rzeczą słuszną lub c) okaże się, że zmierzasz do lepszego miejsca. (s. 124)

W książce znajduje się dużo więcej rad, a także informacji popartych wynikami badań naukowych, nie będę Wam jednak ich przytaczać. Podzieliłam się tym, co wydało mi się najciekawsze, resztę przeczytajcie sami 🙂

Moje małe walki

Lektura skłoniła mnie do przemyślenia pewnych spraw, do zastanowienia się nad moimi działaniami. Po namyśle świadomie zdecydowałam, że będę kontynuować pracę, której się podjęłam, mimo że nie przynosi mi ona satysfakcji. Wiem jednak, że przyniesie realne korzyści w przyszłości, a czas, który muszę na nią poświęcić, nie jest aż tak długi, żeby było mi go szkoda. Bardziej – mimo wszystko – byłoby mi szkoda tej pracy, którą wykonałam już do tej pory. Wiem jednak, że następnym razem nie podejmę się podobnego zadania.

W przypadku innej sprawy – wciąż się waham. Widzę wszystkie mechanizmy, które mnie trzymają. Widzę bezsens dłuższego trwania w impasie, dalszego działania, które nie przynosi już rezultatów. I wiem już, że muszę podjąć pewne decyzje – w jedną albo w drugą stronę. Decyzje, które nie zależą wyłącznie ode mnie. Nie jest to łatwe, niestety.

Rezygnacja z relacji czy rezygnacja ze schematu?

Myślę, że na najtrudniej zrezygnować tam, gdzie problemem są relacje. I – choć nie pisałam o tym i właściwie nie przystaje to do reszty tekstu – na koniec podzielę się z Wami jeszcze jednym cytatem. Takim, który daje trochę nadziei tam, gdzie właściwie nie powinno jej być 😉

„Schematy te [przystosowywania się do sytuacji] przejawiają się jednak najczęściej w obszarze relacji osobistych, zwłaszcza w związkach uczuciowych i przyjaźni; często to właśnie z jakiegoś schematu, a nie konkretnej relacji, trzeba zrezygnować w sposób umiejętny i świadomy. (s. 204)

A teraz pomyśl – z czego Ty powinieneś zrezygnować? Czy wszystkie cele, do których dążysz, są tego warte? Pomyśl, a potem zrezygnuj. Albo… zacznij działać 🙂

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki Peg Streep, Alan B. Bernstein „Daruj sobie. Przewodnik dla tych, którzy nie potrafią przestać”. Tł. A. Binder. Warszawa 2016.