Ekstremalna Droga Krzyżowa z Kolejami Mazowieckimi

Ekstremalna Droga Krzyżowa z Kolejami Mazowieckimi

Wczorajszy dzień był dla mnie dniem Dróg Krzyżowych – dwóch takich “prawdziwych”, w kościele, i jednej, całkowicie niespodziewanej i zdecydowanie najtrudniejszej, poza kościołem. Był też dniem wspomnień.

Tych, których interesują tylko przejścia z Kolejami Mazowieckimi, zapraszam od razu do dalszej części tekstu.

Kolega zaprosił grupę osób, chodzących na zajęcia z Bibliodramy na Drogę Krzyżową, prowadzoną przez Wspólnotę Galilea, do której należy. Stwierdziłam, że pójdę. Ale Droga Krzyżowa miała być o 18.30, a ja kończyłam tego dnia pracę o 15.00. Wybrałam się więc wcześniej do kościoła, chcąc przystąpić do spowiedzi. Dotarłam tam dokładnie w momencie zakończenia mszy, po której odbywała się Droga Krzyżowa – uczestniczyłam w niej więc, wyjąwszy dwie stacje, podczas których się spowiadałam.

To była dobra spowiedź, a w jej trakcie usłyszałam od księdza, żeby kochać Boga ponad wszystko, i że Bóg mnie kocha. Niby oczywistość… ale dobrze czasem ją usłyszeć. Zaczekałam później na mszę, a po mszy wyruszyłam do drugiego kościoła, na drugą mszę i Drogę Krzyżową.

Dziwnie było przyjąć drugą Komunię Świętą tak krótko po pierwszej. Nie byłam pewna, czy powinnam to robić – co prawda wiedziałam, że kościół zezwala na przyjmowanie Komunii dwa razy tego samego dnia jeśli uczestniczy się drugi raz we mszy, nie byłam jednak pewna, czy nie ma jakichś ograniczeń związanych z czasem. Mimo to stwierdziłam, że zaryzykuję. Warto było – odczułam obecność Jezusa dużo bardziej niż normalnie.

Również Droga Krzyżowa była bardzo ważna – ksiądz na początku powiedział, żeby podjąć jakąś intencję na tę Drogę, że bez takiej intencji nie ma ona sensu. Nie powiem Wam, jaka to była intencja, ale w jakiś sposób faktycznie zmieniła ona moje przeżywanie Drogi Krzyżowej, której rozważania współgrały w pewnej mierze z tą intencją.

Było to niezwykłe przeżycie także ze względu na położenie kościoła. Mieści się on bowiem tuż obok podstawówki, w której popołudniami odbywały się zajęcia szkoły muzycznej, do której chodziłam od czwartej klasy podstawówki, aż do klasy maturalnej. Dziwnie było znaleźć się znów w tamtym miejscu. Mówi się, że jeśli chcesz zobaczyć, jak się zmieniłeś, musisz pójść do miejsca, w którym ostatni raz byłeś lata temu…

Droga od przystanku wydawała mi się bardzo krótka, podczas gdy kiedyś ciągnęła się bardzo długo. Szkoła… nic się nie zmieniła. Może poza tym, że w oknach na parterze są teraz mleczne szyby zamiast przezroczystych. Zajrzałam przez szklane drzwi do środka – w holu wciąż stoją te same krzesełka co kilkanaście lat temu, widać było wejście na stołówkę, gdzie tyle razy czekałam na zajęcia, i skręt w korytarz, prowadzący do sekretariatu.

Idąc z powrotem, oglądałam się cały czas na budynek szkoły. Oczami wspomnień widziałam małą Ulusię, wychylającą się z okien, stojącą przy pulpicie z fletem, siedzącą przy fortepianie albo w ławce podczas zajęć z kształcenia słuchu i audycji muzycznych. Widziałam dziewczynkę, która robiła “kręciołki” młodszym koleżankom, grała w berka “zielonego” (z racji koloru ścian w szkole) z kolegami, majtała nogami siedząc na parapecie. Niezgrabną prawie-nastolatkę, potykającą się o własne nogi na lekcjach rytmiki.

W tej szkole przeżyłam połowę swojego dzieciństwa, radości i smutki, upokorzenia i małe sukcesy. Wspomnienia wciąż wirują mi w głowie. Wciąż pamiętam kwiatka z papieru, którego dostałam od młodszego o rok kolegi, wówczas dziewięcioletniego. Zawsze byliśmy na rytmice razem w parze, bo dwie pozostałe chodzące na zajęcia dziewczynki zawsze chciały być razem. Wiele lat później spotkałam się z nim podczas studiów na polonistyce, ale nie mieliśmy już nic wspólnego ze sobą. Wtedy jednak bardzo się lubiliśmy.

Pamiętam też inne, mniej przyjemne zdarzenia. Koleżankę, która siedziała ze mną podczas zajęć teoretycznych, ale zawsze przesiadała się do kogoś innego, jeśli ktoś akurat był chory. Wtedy nawet nie odczuwałam tego jako bólu, to było po prostu coś oczywistego. Dziewczynka mnie lubiła. Po prostu innych lubiła bardziej. Pewnego dnia pokłóciła się z inną i nie przesiadła się do niej, została ze mną, mimo że gdzie indziej było wolne miejsce. Do dziś pamiętam, jaka byłam wtedy szczęśliwa… Tylko że dziś widzę absurd tego szczęścia, widzę dramat dziewczynki, która tak bardzo pragnęła być przez kogoś wybrana, być dla kogoś ważna, a jednocześnie nie wierzyła, że to jest możliwe.

Pamiętam też słowa dyrektorki, która oznajmiła mi ni z tego, ni z owego, że nie jestem najgorszą uczennicą w historii szkoły. Nie, kiedyś była jedna dziewczynka gorsza ode mnie. Do dziś nie wiem, czemu padły te słowa. Czy dyrektorka chciała mnie zmotywować, czy pogrążyć? Czy była to po prostu czysta złośliwość?

Ale są też inne wspomnienia, piękne. Przedstawienia, przygotowywane wspólnie z innymi dziećmi. Uwielbiane przeze mnie zajęcia z kształcenia słuchu, które prowadziła wyjątkowo miła pani. Chór, przez lata prowadzony przez różne osoby. Kochałam te zajęcia, tak bardzo lubiłam śpiewać, ale i uczestniczyć w tworzonym grupowo pięknie. Pamiętam, że w podziale na dwa głosy zawsze byłam w pierwszym, z racji wysokości głosu, ale w podziale na trzy – w drugim sopranie. To był honor, bo środkowy głos był najtrudniejszy, trzeba było się trzymać. Tam nie byłam najgorsza, zdecydowanie nie.

Nie byłam najgorsza także na zajęciach z kształcenia słuchu, uwielbiałam pisać dyktanda muzyczne – czyli zapisywać nutami grany przez kogoś lub odtwarzany z kasety utwór. Zajęcia z audycji z kolei trochę mnie przerastały, zapamiętanie utworów i skojarzenie ich z nazwiskiem kompozytora i tytułem było dla mnie trudne.

Do dziś pamiętam też Panią Anioł. Nie, to nie było nazwisko – to była pani, która z anielską cierpliwością radziła sobie ze mną, z moją niechęcią do ćwiczeń i brakiem cierpliwości do wygrywania na pianinie gam i pasaży. Po moich przejściach z poprzednią nauczycielką, Panią Potwór, która WYMAGAŁA, i której się po trosze bałam – Pani Anioł jawiła mi się prawdziwym aniołem. Dziś, po latach, doceniam także Panią Potwór – miała trudny charakter i szorstki sposób bycia, ale po prostu chciała mnie czegoś nauczyć. Była dobrą, porządną kobietą. Nie miała tylko cierpliwości do niechętnej jej przedmiotowi nastolatki.

Szkoła muzyczna wiele mnie nauczyła. Nie tylko w kwestiach kontaktu z ludźmi. Również rzeczy bardzo praktycznych. Podzielności uwagi. Organizowania czasu tak, by zdążyć ze wszystkim. Maksymalnego wykorzystywania wolnych chwil. Cierpliwej pracy – choć tę umiejętność odkryłam w sobie dopiero w liceum, jednak jej korzenie tkwią właśnie w szkole muzycznej.

Wróćmy jednak do dnia wczorajszego. Po krótkim obejrzeniu szkoły ruszyłam w kierunku tak dobrze znanego przystanku autobusowego – stąd zawsze wracałam z mamą do domu, bawiłyśmy się w berka na przystanku, tu kiedyś złamałam rękę, pośliznąwszy się na lodzie ukrytym za przystankiem. Tu też zaczęła się wczoraj moja ostatnia – ekstremalna – droga krzyżowa.

Rozpoczęła się długim oczekiwaniem na autobus w śnieżycy. Pasowały mi stamtąd trzy autobusy. Tymczasem przyjeżdżały po kolei wszystkie – oprócz tych trzech. Stałam, powoli zamieniając się w bałwanka, trzęsąc z zimna i z niepokoju, czy zdążę na pociąg. Wreszcie autobus przyjechał, w ostatnim niemalże momencie. Dotarłam na stację ściśnięta w tłumie, chwilę przed oczekiwanym odjazdem pociągu. No właśnie – oczekiwanym.

Na stacji zastałam stojący tłum ludzi – nie bardzo duży, ale większy niż zwykle. Wypatrzyłam w nim kilka osób znanych z codziennych dojazdów, stanęłam więc w pobliżu. Szybko dowiedziałam się, że pociągi na mojej trasie nie jeżdżą już od 18.00 (była prawie 20.00). Problem jednak nie był globalny – pociągi na innych trasach – choć z opóźnieniem – jednak jeździły. W pewnej chwili usłyszałam komunikat, że pociąg, na który czekałam jest odwołany. Wciąż jeszcze liczyłam jednak, że przyjedzie któryś z tych wcześniejszych, opóźnionych. Mogłam sobie pójść – miałam gdzie przenocować, a oprócz tego dwie koleżanki zaproponowały, że w razie czego mogę przenocować u nich. Ale zaufałam kolejom. Cóż… poniewczasie okazało się, że to był błąd.

W pewnym momencie jedna z pań znanych z codziennych dojazdów zadzwoniła do działu skarg i reklamacji z pytaniem, dlaczego do Grodziska i Skierniewic pojechały już przynajmniej dwa pociągi, do Zachodniej ze cztery, a do Sochaczewa i Łowicza – nic. Zdziwiona pani z obsługi poinformowała ją, że jak to… przecież o 19.43 pojechał z Zachodniej pociąg do Sochaczewa. Tylko że osób stojących od dwóch godzin na Śródmieściu nikt nie raczył o tym poinformować. No bo po co?

W tym momencie ogłoszono komunikat, że osoby oczekujące na pociąg do Łowicza proszone są o dojechanie do Dworca Zachodniego. Znajoma pani zdążyła jeszcze rzucić w słuchawkę, że ma nadzieję, że ten pociąg na nas poczeka.

Wsiedliśmy w najbliższy pociąg do Zachodniej, zamieniając względne ciepło Dworca Śródmieście na mróz otwartych, omiatanych śniegiem peronów Warszawy Zachodniej. Była już 20.45. Wysiedliśmy, nasłuchując komunikatów. “Pociąg do Skierniewic odjedzie z peronu…”, “Podróżni oczekujący na pociąg do Radomia proszeni są o przejście na peron…”… O Łowiczu czy Sochaczewie nic, ani słowa. Tłum ludzi, zebrany u zejścia do podziemi, głośno komentował, deliberował, dokąd iść, na który peron, co z tym pociągiem. Dwie panie zaczęły nagrywać żartobliwy filmik z wygłupiającym się, nieznajomym panem. Śmiech był jedynym lekarstwem, jakie mieliśmy. Trzęśliśmy się z zimna w zawiewającym ze wszystkich stron śniegu. Na dole, w podziemiach, było niewiele cieplej. Wreszcie po półgodzinie uświadomiliśmy sobie przykrą prawdę – pociąg do Łowicza musiał odjechać w czasie, kiedy my dojeżdżaliśmy do Zachodniej… Nie poczekał, mimo próśb wspomnianej wcześniej pani, czy zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Zaczęłam się zastanawiać nad dobraniem dwóch czy trzech osób z Błonia i zrzuceniem się na taksówkę. Bałam się jednak trochę – w końcu obcy ludzie… A i ja nie miałam odwagi pytać, zresztą większość osób dookoła jechała do Sochaczewa lub dalej. Do Ożarowa da się dojechać autobusami miejskimi, więc część osób pewnie postawiła na inne środki transportu, może po niektórych ktoś przyjechał. Wiedziałam, że do Błonia jeżdżą też autobusy – już nie miejskie – niestety, nie wiedziałam skąd dokładnie odjeżdżają. Część osób zapewne skorzystała właśnie z nich.

Wreszcie, mniej więcej o godzinie 21.30, ogłoszono, że pociąg bodajże do Kutna, przez Sochaczew, Łowicz Główny, odjedzie z peronu… Większość ludzi pobiegła, jako że Koleje wprowadziły wzajemne honorowanie biletów. Zostały nieliczne niedobitki z Błonia, Ożarowa i innych mniejszych stacji pośrednich, na których dalekobieżne pociągi się nie zatrzymują. W tym ja.

Wzgardzeni przez Koleje, zaczęliśmy rozważać, czy pociąg w ogóle kiedykolwiek przyjedzie. Stałam w towarzystwie dwóch pań, jednej z Ożarowa, drugiej z Witanowa. Jedna z pań stwierdziła, że pociągi na naszej trasie jeżdżą – mąż doniósł jej, że przez Ożarów w międzyczasie przejechały już dwa, co potwierdziło naszą teorię, że pociąg do Łowicza po prostu na nas nie poczekał. Podszedł do nas młody mężczyzna, komentując sytuację i pytając, dokąd jedziemy, bo on do Ożarowa. Kiedy usłyszał, dokąd, zaproponował, żeby się złożyć i wziąć taksówkę. Po szybkim telefonie do mamy z pytaniem, czy da radę wyjechać po mnie do Ożarowa, zgodziłam się, podobnie jak pani z Ożarowa. Pani z Witanowa nie zdecydowała się. Widać nie miał jej kto odebrać z Ożarowa, a może nie miała pieniędzy. Sumienie mnie potem ruszyło, że powinnam jej była powiedzieć, że może się zabrać ze mną do Błonia – Witanów jest o stację dalej, można by nawet na upartego dojść tam z Błonia pieszo. Nie pomyślałam jednak.

Pan miał wyładowany telefon, więc – była już 22.00 – zadzwoniliśmy z telefonu pani z Ożarowa po taksówkę i ruszyliśmy na dworzec autobusowy, gdzie miała dojechać. Tam okazało się, że i autobusy są poopóźniane.

Wreszcie taksówka przyjechała. Po drodze minęliśmy rozkraczony samochód na awaryjnych, jednak podróż przebiegła już bezproblemowo. W Ożarowie okazało się, że przejazd kosztował nas 70 zł. Mieliśmy ogromny problem, bo nie mieliśmy drobnych, a pan nie miał wydać. W końcu jakoś tak wyszło, że nie zapłaciłam wcale… Pani zapłaciła 30 zł i poszła, pan dał 40, nie mogliśmy się doliczyć, w końcu pan stwierdził, że już niech będzie, bo kierowca się niecierpliwił. Powiedziałam, że oddam mu 20 zł, jak dojdziemy do czekającej już kawałek dalej mamy, ale pan nie chciał iść taki kawał, wcześniej miał skręt do domu. Może jeszcze kiedyś go spotkam – wtedy oddam mu te pieniądze. Znałam jego twarz z widzenia, więc jest spora szansa, że się uda. Zwłaszcza, że już w domu, na trzeźwo, stwierdziłam, jak łatwo można się było z panem rozliczyć…

I tak oto, po kolejnej półgodzinnej podróży samochodem – dojechałam do domu o godzinie 23.00. Kiedy przejeżdżałyśmy z mamą przez przejazd kolejowy, drogę przeciął nam pośpieszny pociąg w kierunku Warszawy. W drugą stronę nadal nic nie jechało. Nie wiem, jak długo jeszcze stali ludzie, którzy nie mieli możliwości dojechać inaczej, nie mieli pieniędzy czy też próbowali się dostać na stacje zbyt dalekie, by dało się tam dojechać taksówką. Może dowiem się w poniedziałek, bo pewnie niejedna osoba będzie komentowała naszą ekstremalną drogę krzyżową.

Tags: , , , , , , , , ,
Categories: W teatrze życia

Inne ciekawe wpisy:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz