Być kobietą

Być kobietą

Modelów kobiecości jest wiele. Jednym kojarzyć się będzie ona z piękną, seksowną dziewczyną w czerwonej sukience i z subtelnym makijażem, innym ze skromną “szarą myszką”, stawiającą przed mężem parujący półmisek, a drugą ręką opiekuńczo przygarniającą dziecko. Albo z jakimkolwiek innym obrazem, będącym wypadkową naszych wspomnień, przeczytanych książek, obejrzanych filmów, przeprowadzonych rozmów.

Z okazji naszego święta zastanowiłam się dzisiaj, jaką kobietą chciałabym być.

Zawsze imponowały mi kobiety silne. Nie w sensie siły fizycznej, a raczej siły duchowej, siły woli, siły psychicznej. Moją ulubienicą literacką zawsze była Baśka z “Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza. Dziewczyna, która – nie tracąc przy tym nic ze swojej kobiecości – chciała i umiała robić to, co robili mężczyźni. Dziewczyna, która nie przejmowała się, co o niej pomyślą – po prostu była sobą. Ale jednocześnie była wierna, cierpliwa, mądra. Nie bała się wyzwań.

Drugą – pewnie większości z Was nieznaną – kobietą, która wywarła na mnie olbrzymie wrażenie, była bohaterka książkowej serii Gwiezdnych Wojen, Mara Jade. Ona również była kobietą silną. Silną, upartą, niepokorną. Inteligentną, seksowną, ale przede wszystkim – wierną. Tym, którzy chcieliby się z nią zapoznać, polecam książki: “Ostatni rozkaz”, “Widmo przeszłości” i “Wizja przyszłości”, wszystkie trzy autorstwa Timothy’ego Zahna. Nie będę Wam wmawiać, że to jest literatura wysokich lotów. Nie jest. Nie są to też moje ulubione książki. Ale Mara jest jedną z moich najulubieńszych postaci literackich – postacią, która wraz z biegiem narracji dojrzewa, zmienia się.

Kiedy spotykamy ją na początku, jest zagubiona, ukrywająca strach za pozorami siły. Broni się przed światem, przed ludźmi, przed bliskością, przed relacją, przed miłością. Z czasem uczy się zaufania, uczy się prawdziwej siły, podejmowania własnych wyborów.

Podoba mi się tak bardzo, bo w pewnym sensie jest mną. Nie chciałabym być w stu procentach taka jak ona. Ale jej zmagania, jej trudności, są moimi trudnościami. Ja też przez wiele lat zmagałam się ze strachem przed relacjami, przed podejmowaniem własnych decyzji, też ukrywałam się za maską silnej, niepotrzebującej nikogo dziewczyny.

Dziś zrobiłam już wielki postęp, choć jeszcze daleka droga przede mną. Ale już się tak bardzo nie boję. Choć wciąż nie zawsze mam odwagę być po prostu sobą, wciąż tkwi we mnie lęk, że zostanę wtedy odrzucona. Że jeśli wyjdę do drugiego człowieka, odezwę się, coś zaproponuję, dotknę – spotkam się z negatywną reakcją. Ale ten lęk już mnie nie paraliżuje. I wiem, że jest tylko kwestią czasu, kiedy stanę się tym, kim chciałabym być.

I w ten sposób wracamy do początkowego pytania. Kim chcę być? Jaką kobietą chcę być? Nie do końca jeszcze to wiem. Z całą pewnością chcę być kobietą opiekuńczą. Troszczącą się o innych, o ich uczucia, o ich komfort – ale bez wyrzekania się w tym wszystkim siebie. Chcę odnaleźć zgubioną gdzieś w dzieciństwie odwagę bycia sobą, mówienia o swoich przeżyciach i przekonaniach. Chcę być silna – tak, by bliscy mogli znajdować we mnie oparcie, by wiedzieli, że u mnie zawsze znajdą pocieszenie, wsparcie, bezpieczny bastion, w którym będą mogli nabrać sił do dalszych zmagań z życiem.

Ale oprócz tego chcę również mieć odwagę odsłaniać własną wrażliwość, delikatność, bezbronność. Mieć odwagę proszenia o pomoc, o wsparcie – wprost, bez manipulacji, bez lęku, że ktoś tę słabość wykorzysta. Mieć odwagę przytulić, pogłaskać, pocieszyć. Mieć odwagę współczuć. Chcę być blisko Boga, kochać ludzi tak, jak On nas kocha, dawać siebie innym w całej pełni. Chcę przełamywać własny egoizm, własną pychę, upór, strach. Po prostu być dobra. Zaufać Bogu bez reszty, pozwolić się prowadzić za rękę, nie troszcząc się o to, czy spełnią się moje pragnienia, oczekiwania, nadzieje. Zaufać, że On wie, dokąd powinnam iść, i że mnie poprowadzi.

Moją ulubioną świętą jest Tereska od Dzieciątka Jezus – chciałabym mieć takie zaufanie do Boga, jakie ona miała, być tak pokorną, a jednocześnie nieustępliwą w dążeniu do Boga, do prawdy. Moją patronką jest Urszula Ledóchowska – apostołka uśmiechu. Od niej chciałabym nauczyć się właśnie tego – uśmiechu w każdej sytuacji. Uśmiechu, który tak trudno mi przychodzi, nawet kiedy jestem w dobrym humorze. Uśmiech jest odsłonięciem się, otwarciem na relację. Dlatego bywa taki trudny… Jest też czasem wyrzeczeniem – wyrzeczeniem się egoizmu, skoncentrowania na sobie, cierpiętnictwa. Jest darem – jednym z najcenniejszych, jakie można dać.

Tak, imponują mi dwa sprzeczne modele kobiecości. Siła i delikatność. Indywidualizm i wyrzeczenie egoizmu. Ale wiecie co? Da się je pogodzić. Bo tak naprawdę wszystkie te sprzeczności tkwią we mnie, tkwią w każdej z nas. I jedyny problem to nauczyć się je wydobywać wtedy, kiedy potrzeba. To właśnie jest najtrudniejsze – wiedzieć, kiedy. Ale pewnego dnia się tego nauczę. I Ty też 🙂

Jestem kobietą. Chodzącą sprzecznością. Silną i słabą, upartą i ustępliwą. Wierną, kochającą i – na swój sposób – piękną. Bo piękno nie tkwi w zgrabnej sylwetce, w perfekcyjnej fryzurze, makijażu, ubraniu. Piękno tkwi w sercu. I będzie promienieć, jeśli tylko odważę się je odsłonić. Jeśli odważę się być sobą. Jeśli Ty się odważysz.

Odważysz się?

“Im bardziej jestem sobą, tym bardziej jestem święta, bo taką właśnie wymarzył mnie sobie Bóg.”

s. A. M. Pudełko

Tags: , , ,
Categories: W teatrze życia

Inne ciekawe wpisy:

3 komentarze

  • Bernadeta

    9 marca 2018 w 09:47 Odpowiedz

    Piękny wpis, inspiruje żeby być sobą i cieszyć się kobiecością. Dziękuję.

  • Greste

    22 marca 2018 w 07:38 Odpowiedz

    Ooo! FEMINISTKI 😁😁😁 z takimi nie jest lekko

    • Istis

      24 marca 2018 w 10:22 Odpowiedz

      Zależy, co rozumieć przez feminizm. Dzisiaj większość ludzi kojarzy go z “wojującymi feministkami”, które uważają, że kobieta jest lepszym gatunkiem człowieka, a jednocześnie robią wszystko, żeby upodobnić się do mężczyzn. Z takim feminizmem nie utożsamiam się ani ja, ani żadna z opisanych przeze mnie kobiet. Natomiast jeśli przez feminizm rozumiemy fakt, że kobieta jest RÓWNA mężczyźnie, że ma takie same prawa jako człowiek – to tak, z takim feminizmem się utożsamiam. Ale tylko wtedy, jeśli zgodzimy się, że równość nie oznacza identyczności. Kobiety różnią się od mężczyzn i nie widzę powodu, żeby miały się do nich upodabniać. Natomiast z całą pewnością powinny mieć te same prawa, równe płace, taką samą możliwość pracy w dowolnym zawodzie. Co nie znaczy, że trzeba na siłę zakładać, że ma być tyle samo np. kobiet górników co mężczyzn górników – ale jak kobieta chce być górnikiem, to powinna mieć prawo. I to samo dotyczy mężczyzn – jeśli mężczyzna ma ochotę być kosmetyczką, jego prawo. Jesteśmy równi, ale różni i mamy prawo być po prostu sobą – to dla mnie oznacza prawdziwy feminizm.

Dodaj komentarz